środa, 7 września 2016

Wakacje z o.o. (7) cz.2

ROWLLENS VII

Cała ta narada, była niezwykle inspirująca. Pomijając fakt, że wpadłam tam spóźniona, bo nawet nie wiedziałam, że to coś miało mieć miejsce. Oczywiście- Milos wspominał o tym na wczorajszym  losowaniu. Ale przepraszam, jasnowidzem nie jestem. Nikt nie podał mi dokładnej godziny, miejsca i daty tego. No dobra, może i podali gdzie, i że po śniadaniu. Ale co jakbym to śniadanie jadła godzinę? Mogliby być bardziej precyzyjni i robić mi wyrzuty jakbym się wtedy spóźniła.
Bo spóźniłabym się.

Uświadomiło mnie dopiero zdumione spojrzenie Amy, kiedy po śniadaniu weszłam do domku i chciałam rzucić się na łózko. Dziewczyna spojrzała na mnie jak na idiotkę, po czym bezceremonialnie wypchnęła zza drzwi. Które równie szybko zostały zatrzaśnięte tuż przed moim nosem. Cholera, po pięciu minutach dobijania się i wygrażania jej absolutnie wszystkim, pojawił się Johnny, który też zdziwił się na mój widok. Patrzył na mnie zaspany, jak każdy z resztą (a wszystko przez wczorajszą imprezę z okazji Turnieju, zakończenia roku szkolnego, a według Nicolasa i Amy z okazji dnia zapobiegania narkomanii. Patrzył się na mnie zdezorientowany, niespecjalnie rozumiejąc czemu mu wygrażam. Jednak on, w przeciwieństwie do swojej kochanej siostruni, raczył mi wyjaśnić, że powinnam iść na spotkanie.
Trochę dziwne, że oni znali mój grafik dnia lepiej ode mnie, ale w duchu byłam im wdzięczna. Gdyby nie oni, wcale bym nie przyszła na tą głupią naradę, która była po to, żeby ustalić resztę spraw Turnieju. A tak, tylko się spóźniłam.
- No bywa- mruknęłam, kiedy przecisnęłam się obok Suzanne, rudej córki Hermesa, która przyjechała do obozu jakoś teraz, bo jeszcze jej nie poznałam osobiście. Ale rozpoznałam ją, dzięki rudym włosom, piegom i wyzywającemu spojrzeniu. Jej rodzeństwo zbyt długo narzekało na nią, żebym nie wiedziała kto to. Nie byłam do jej osoby pozytywnie nastawiona. Nie to że wierzę w opinię masy, ale całe jej rodzeństwo z okazji jej przyjazdu milczało przez minutę. Nawet Amy.
Z tą dziewczyną o rudych, krótkich włosach, która przypomniała mi buldoga, nie rozmawiałam ani razu. A teraz od razu syknęła w moją stronę pełne litości „Jesteś spóźniona”. Posłałam jej krzywy uśmiech i już zaczęłam rozglądać się za wolnym krzesłem, kiedy dobiegło mnie:
- I znowu przez ciebie musimy powtarzać wszystko od nowa!
No naprawdę, czy tylko ja uważam, że ten chłopak powinien chodzić ze mną, żeby za każdym razem, gdy będę poirytowana, mogła na niego patrzeć? To by było pomocne.
Dlatego zamiast usiąść na ostatnim wolnym miejscu, między Esmi, a jakimś chłopakiem, postanowiłam postać obok i popatrzeć z góry na wszystkich, w tym na mojego faceta marzeń (nie, nie mówię o tym Oscarze, blondynie, mega przystojnym blondynie).
A na serio to zapomniałam o tym, że powinnam usiąść, ale to szczegóły.
Widok Milosa od razu poprawił mi humor. A przynajmniej przypomniał o konkretnym celu- wkurzyć go. Siedział ze skrzyżowanymi rękoma przy stole pingpongowym tak jak reszta nastolatków. Tyle, że on łypał na mnie nienawistnie. Natomiast ja posłałam mu szeroki uśmiech, oczywiście nieprawdziwy, jednak to i tak jeszcze bardziej go zdenerwowało. Cholera, weź dogódź- co bym nie zrobiła, uznałby pewnie za zbrodnię.
- Milos, kochanie…!- zaczęłam radośnie rozkładając lekko ręce, ale przerwał mi.
- Znowu twoja wina!- wytknął sfrustrowany.
- Oj tam.- Z pomocą wyszedł mi Nicolas, siedzący obok blondyna. Opierał się o krzesło, wyraźnie znudzony.- Przez tę godzinę zdążyliśmy tylko uspokoić Jen, żeby nie próbowała zabić Charlesa, a ty po raz setny przeczytałeś kto jest w jakiej grupie.
Czarnowłosa anorektyczka, Jenny, natychmiast wycelowała palcem w stronę chłopaka i zmarszczyła groźnie brwi.
- Nicolas, jeszcze raz odważysz się…
- Nazwać cię „Jen”, a zginie- dokończył za nią Thomas, który również był obecny. Popatrzył się na dziewczynę z pobłażaniem.- Jen, kwiatuszku, my to wiemy. Nie powtarzaj się.
Zajmował miejsce po drugiej stronie Nicolasa, z wyciągniętymi nogami przed siebie i splecionymi dłońmi na brzuchu. Wyglądał na równie znudzonego co Nicolas i byłam pewna, że jeszcze chwila, a zaśnie lub zsunie się z tego krzesła.
- Wracając do sedna…- westchnął Milos teatralnie, ale z okazji od razu skorzystał Nick. Grupowy Hermesa uniósł zblazowany brwi i popatrzył na mnie politowaniem.
- A sedno jest takie, że nic nie ominęłaś. Czuję się o godzinę życia uboższy i wręcz wychodzę na tym ze stratą. Choć nie. Jenny śmiesznie reaguje na Jen, to trzeba przyznać. W tej kwestii ubawiłem się. Co roku mnie to bawi.
- Cholernie się ubawiłeś- fuknęła owa Jenny, która z kwaśną miną skrzyżowała ręce na piersi.
Dziewczyna nie wyglądała na osobę towarzyską. A jak już, to na taką, co bawi się najlepiej w wybranym gronie, osób o specyficznym humorze i zachowaniu. Siedziała naburmuszona, mordowała wszystkich wzrokiem, a jej krzywy, pełen obrzydzenia i wyższości grymas twarzy dawał podstawy by sądzić, że czuje się lepsza od wielu tutaj zebranych. Zaczęłam się zastanawiać, czy ona tak zawsze, czy po prostu już ją zirytowali i nadal jest urażona. A po drugie, zdecydowanie powinna przytyć, bo kości przebijały jej białą skórę.
- Ej, zanim zaczniemy, mam pytanie czysto podstawowe.
Wszyscy popatrzyli się na Charlesa, który dziś już niestety nie miał bluzy ze swoim zdjęciem. Ciekawe czy posiadał na przykład skarpety ze swoją facjatą. To by było urocze. Siedział na krześle obok Jenny, jedną rękę przerzucił przez oparcie krzesła, drugą wybijał jakiś rytm na kolanie. Uśmiechał się konspiracyjnie do wszystkich.
- O co chodzi?- zapytała wysoka i szczupła blondynka w ciemnej marynarce. Chyba była trzecim sędzią, ponieważ siedziała tuż przy Thomasie. Patrzyła się spokojnie na Charlesa, bez irytacji, ale widać po jej minie było, że ma już trochę dosyć tych bezsensownych sprzeczek.
Syn Zeusa przejechał ręką po średniej długości włosach i oparł łokieć na kolanie. Pochylił się i wskazał na Jenny która siedziała dokładnie obok niego, i na obecną chwilę patrzyła się na jego wyciągnięty paluch. Jej spojrzenie mówiło jasno „zabieraj to, albo ci go odgryzę”.
- Czy tylko ja uważam, że to nie fair, że jestem w drużynie z laską, która ma inne priorytety niż powinna?- wtrącił poważnie Charles, kiwając głową i szukając wsparcia w innych.- Ona woli mnie zatłuc, niż wygrać.
- Nie przeceniaj się- zbyła go Jenny z wyniosłym spojrzeniem krzyżując ramiona.
- Wiesz Charles, powinieneś wyluzować- skarcił go Thomas, cmokając z politowaniem, po czym przeniósł spojrzenie na Jenny i wyszczerzył się jak wygłodniały wilk. Coś mi mówiło, że ta dwójka raczej za sobą nie przepadała…- Jenny była bardzo spokojna, jak na siebie.
Wykrzywiłam się widząc Thomasa i słysząc jego milutkie komentarze. Skoro tu był, mogłam być pewna, że po Jenny kolejnym obiektem cynicznych, uszczypliwych uwag będę ja. Nie bardzo uśmiechało mi się być porównana do Hagrida przed kilkudziesięcioma nastolatkami, których chciałam poznać i zrobić dobre wrażenie. Chciałam pokazać im, kto ich będzie trzymał pod obcasem, cholera. A raczej nie pomogłoby bycie Hagridem. Ktoś mógłby podważyć fakt, czy Hagrid w ogóle nosił obcasy…
- A ty nic nie mów, bo to twoja wina. Przez ciebie mnie chce zatłuc- oznajmił, wskazując na Thomasa oskarżycielsko palcem.- I owszem, cholernie spokojna- dodał cynicznie Charles, rzucając Jen krytykujące spojrzenie.
- Charles, proszę cię- wtrącił się do rozmowy jakiś chłopak. Siedział pomiędzy czerwonowłosą laską, a pustym krzesłem dla mnie. Wywnioskowałam, że musiał być w mojej drużynie.- Dajcie już spokój.
- Norbert, przestań- mruknęła Jenny.- Nawet nie próbuj się wtrącać. Nie potrzebuję pomocy…
- Wiem, że nie.- Chłopak uniósł wymownie brwi.- Ale siedzi tu prawie trzydzieści osób, które mają już lekko dosyć waszego dojrzałego „pitu-pitu”- wyjaśnił zblazowany. Przejechał smukłą dłonią po twarzy, jakby dopiero wstał, a ruch ten zakończył przejeżdżając ręką po czarnych włosach. Boki miał mocno wygolone.- Nawet nie mam zamiaru cię bronić.
Jenny wyglądała na wzruszoną.
- Dobrze!- zawołał Milos donośnie. Uśmiechnął się sztucznie, odchrząkując i poprawiając plik papierów, który leżał przed nim na stole.- Victoria, twoja drużyna siedzi w tamtym miejscu.
Tyle to zdążyłam sama wywnioskować, kiedy zobaczyłam machającą mi Esmeral, ale dziękuję, spoko stary, naprawdę bardzo mi pomogłeś. Może Nobla? Myślę, że pokojowy byłby w porządku.
Dziewczyna siedziała pomiędzy szatynem, od którego biła aura spokoju i opanowania, który i zapewne był naszym drużynowy, Simonen, a miejscem dla mnie. Ten, którego podsłuchałam i ten, który wspaniałomyślnie ustąpił i zgodził się mieć dwie ofiary losu w drużynie. Cóż, normalnie, sądziłabym, że jest zbyt miękki, ale biorąc pod uwagę fakt, że tą ofiarą losu byłam między innymi ja, jakoś nie czułam potrzeby wychodzenia na przód moim poglądom i najzwyczajniej w świecie wolałam to przemilczeć. Powinni się cieszyć, rzadko mi się to zdarzało.
Kojarzył mi się z Johnny’m, tyle że syn Hermesa przy nim wychodził na takiego wychudzonego misia do przytulania, który jest pocieszny i uroczy. Tak, Johnny był jak misiek, szczególnie kiedy odruchowo, bezwiednie nas poprawiał, mówił jak Szekspir i Molier razem wzięci albo załamywał ręce nad ‘poczynaniami’ swojego rodzeństwa. No a przy tym był jednak okropnym cynikiem i myślę, że gdyby chciał, byłby gorszy od Nicka i Amy razem wziętych. Natomiast Simon, równie inteligentnie i dojrzale wyglądający chłopak, sprawiał wrażenie bardziej poukładanego, porządnego i pewniejszego siebie.
- A nie mogę usiąść obok ciebie?- zapytałam śląc Milosowi delikatny uśmieszek.
- Nie- burknął krótko, na co Esmeralda cmoknęła z teatralną litością.
- Oj Victoria, daruj mu. Nie wyspał się i od godziny tu już marudzi.
- Przepraszam- wyszczerzyłam się i przeczesałam ręką włosy.
- Nie przepraszaj, nie twoja wina.
- Że się nie wyspał?- Uniosłam brwi, posyłając Es znaczące spojrzenie.- Raczej moja, o ile dobrze pamiętam.
Oczywiście następstwa były dwa. Połowa osób parsknęła śmiechem, ktoś zagwizdał, ktoś inny dodał coś sprośnego od siebie. A Milos zwyczajowo spurpurowiał i wyglądał tak, jakby chciał wepchać sobie swoje notatki do buzi, byleby tu już nie stać.
Każda drużyna, siedziała obok siebie, na około stołu do ping ponga. Oczywiście, stół do tej gry znajdował się w środku naszego kółka, ode nie na przykład oddalony był z dwa metry… Okrąg z krzeseł, na których wszyscy siedzieli, był zbyt duży, by każdy zmieścił się przy stole. Tylko Milos przysunął się blisko stołu, na którym rozłożył swój notatnik i parę papierków.
Bez trudu przecisnęłam się przez środek zgromadzenia i ze spokojem przeszłam do mojej drużyny, zajmując wolne krzesło, pomiędzy Es, a smukłym chłopakiem z czarnymi lokami na czubku głowy, opadającymi na oczy. Włosy po bokach i przy karku miał krótko ścięte, jednak i tak smolisty kolor włosów prezentował się niezdrowo przy białej twarzy. To był ten koleś co choć trochę uciszył Jenny podczas kłótni z Charlesem. Zaraz… z kim my mieliśmy drużynę…? Atena i… Hekate! A no tak, ‘mhroczne’ klimaty. To wyjaśniało pokaźne dziury na kolanach ciemnych spodni i kolczyk w dolnej wardze…
Pierwsza myśl? „Emo z zaburzeniem orientacji seksualnej”.
- Norbert jestem- przedstawił się chłopak, widząc, że się niego gapię. Na szczęście odebrał ten fakt z lekkim rozbawieniem i uśmiechał się do mnie z politowaniem.- Tak, a ciebie znam.
- To trochę niepokojące- mruknęłam, a Norbert zaśmiał się z pobłażliwym wyrazem twarzy.
- Konsekwencje wychylania się poza resztę. Ty wybierasz, czy ci się to podoba, czy cię niepokoi- uciął krótko po czym osunął się na krześle, najwyraźniej równie zainteresowany tym spotkaniem jak cała reszta.
A ja stwierdziłam, że jednak mogę go polubić.
Osoby które się zebrały były bardzo różne. Jednak nie mogłam powiedzieć, że wyglądali potulnie i niegroźnie. Oczywiście, nie przypominali płatnych morderców, wielkich wojowników ani graczy amerykańskiego football’u. Byli jak zwyczajni nastolatkowie, tyle, że każdy miał w sobie pewną cechę, która sprawiała, że nie chciałam zobaczyć ich na polu walki. Nawet, jeżeli byli drobni i szczupli, błysk w ich oczach skutecznie odganiał od nich miano takich, którzy nie potrafią unieść miecza. Nawet ta wyglądająca na dwunastolatkę dziewczynka o anielskiej twarzy, cała w piegach i z ciemnoblond słowami, która uśmiechała się do wszystkich promiennie. Miałam cholernie złe przeczucie, że prędzej ona niż ja by pokonała armię manekinów na treningach. A Amanda? Przecież to typowa pani prezes z za bogatej rodziny- nie przypuszczałabym, że będzie jedną z tych najlepszych, zgłoszonych do losowania.
- Czy są wszyscy?- zapytał Milos. Powstrzymałam się od uwagi, że wystarczy spojrzeć na dwa puste krzesła.
- Nie, nie ma Chase’a - odparła Amanda.- Ale on jeszcze nie przyjechał.
- Ale ci którzy są już w Obozie, przyszli?- upewnił się Milos.
- Tak.
- A więc, jak już wszyscy już łaskawie przybyli…
To dziwne, czy tylko mi się wydawało, że Milos mówił o mnie? Przynajmniej tyle odczytałam ze sposobu, w jaki zacisnął pięści i próbował zabić mnie spojrzeniem. Ale mogłam się mylić, może na przykład próbował dać mi dyskretny sygnał, że mnie pragnie równie mocno co ja jego…? Cholernie realne.
- Przejdźmy do konkretów- odetchnął, niczym dorosły, którego jakiś berbeć wyprowadził z równowagi.
Wszyscy zebrani wyglądali na znudzonych. No, Milos nie- on dla odmiany zdawał się być wielce zadowolony z siebie i faktu, że wszyscy musza go słuchać. Mówię wam: jak nic niedowartościowanie. Żaden inny argument nie przychodził mi na myśl, widząc ten pedalski sweterek z dekoltem w serek i fryzurę na dwudziesty wiek. Seksowny przedziałek i włosy przyczesane na bok na żel. No kusi, nie powiem. Pozostaje tylko pytanie „kogo kusi?”.
- Jak już wiecie, Turniej będzie trwał łącznie pięć dni, z czego między każdym Dniem Turniejowym będą trzy dni przerwy. Co daje nam siedemnaście dni od rozpoczęcia, do zakończenia ostatniego dnia planszowego.
Popatrzyłam na Es z zagubioną miną i obie zgodnie uniosłyśmy brwi do góry. Chyba za równo ona jak i ja, że ktoś powinien mu powiedzieć, że na obozach nie porusza się tematu matematyki.
- Pojutrze zaczynamy - odchrząknął, zerkając na jedną ze swoich kartek.
Mogłam się założyć, że zrobił to tylko dla wrażenia, że jest dobrze przygotowany i ma wszystko pod kontrolą. Pewnie znał ten cały grafik na pamięć.
- Pierwszego Dnia Turnieju, po uroczystym otwarciu, weźmiecie udział w trzech Planszach- Posejdona, Demeter i Nemezis. Mam nadzieję, że to nie…
- Gdzie jest Chejron i Dionizos?- zapytałam.
Właśnie sobie uświadomiłam, że nie widzę żadnej przeszkody, która powstrzymywałaby mnie od zrobienia czegoś na co miałam cholerną ochotę: żeby wstać i wyjść.
Była to bardzo kusząca propozycja, choć jako dziewczyna, musiałam przyznać, że siedzenie na naradzie, gdzie połowa części męskiej, była naprawdę przystojna… No, oczywiście Kretyn i Rasista w Jednym był najseksowniejszy z całego grona, ba!, z całego obozu, no ale jednak… Czy ktoś mi powie, jak zdobyć numer tego szatyna oddalonego ode mnie o pięć miejsc? Albo tego blondyna, który siedział naprzeciwko nas i…chwila. Chwila… dlaczego Es się zarumieniła…Cholera, czy on do niej mrugnął?
Milos zgrzytną zębami, ale odpowiedział:
- Tłumaczą dzieciom Nemezis, Posejdona i Demeter zasady, według których ci później przygotują Plansze.
W tym momencie z krzesła zerwał się opalony chłopak z prostym nosem i brązowymi lokami na głowie. Jedną ręką wskazał na siebie a drugą dłoń wyciągnął w kierunku jeszcze kilku innych nastolatków. Gestykulował, choć u niego wyglądało to jak drapanie się po czole- naturalnie i w niczym nieprzesadzone.
- To czemu nas tam nie ma?- zapytał oskarżycielsko, na co Milos ze spokojem oznajmił:
- Ponieważ, herosi, który biorą udział w Turnieju nie mogą wiedzieć, jak będzie wyglądała dana Plansza. Usiądź, Jack.
- Ale ja mam tylko dwie siostry- prychnął, a kiedy zrozumiał, że to one będą tworzyły te Plansze, wykrzywił się.- Nie, błagam. Avny i Miley zrobią coś z ulubionego romansu. Będziemy musieli ratować topiące się damy w oczku wodnym.
Jakbym miała ratować jakąś topiącą się laskę, pozwoliłabym jej utonąć. Serio, nie moja wina, że dziunia nie uczył się pływać na basenie, bo pewnie „chlor źle robił na skórę i włosy”. Nie żebym sama nigdy tym się nie migała od lekcji basenu.
- A co jak ktoś się wygada?- zapytał nagle Norbert z obojętnością.- No nie wiem, dajmy na to, polecę do rodzeństwa i zmuszę ich do powiedzenia, jak będzie wyglądała Plansza Hekate?
Jego myśl natychmiast została poparta przez tę smukłą czarnowłosą dziewczynę, o ostrych rysach twarzy – Jenny. Zapamiętałam ją głównie dlatego, że próbowała już kogoś zabić. Ba, chyba już nawet doszłam do tego, że nie lubi połowy zebranych tu osób, albo przynajmniej się jej boją. Urocza osóbka.
- Właśnie Milos, czy rodzeństwu nie zależy na tym, żeby ich przedstawiciele wygrali? Wygadają się od razu.
- Myślisz, że oni są tak uczciwi, że nie będą chcieli profitów z mojej wygranej?- dorzucił Norbert spokojnie, jakby właśnie udowadniał Milosowi, że znowu się pomylił.
- Albo, że jednak aż tak nas nie nienawidzą, żeby chcieć koniecznie nam dokopać?- poprał do ktoś inny. Była to ruda dziewczyna, z domku Hermesa, Suzanne. Rozpoznawanie osób, kojarzenie twarzy i dopasowywanie im imion było najlepszą zabawą na tej naradzie.- No, niektórzy owszem, ale większość się wygada, Norbert ma rację.
Ze zdumieniem, odkryłam, że mój ulubiony blondasek wcale się nie przeraził tym niedopatrzeniem. Wręcz przeciwnie! O zgrozo, jego mina świadczyła o tym, że tylko czekał aż takie przypuszczenia padną, a on, niczym wybawca oznajmi, że to przewidział i znajdzie alternatywę! Cholerny egoista, odbiera mi całą frajdę tego dnia.
- Do czegoś takiego nie dojdzie. Każdy domek wybrał kilka osób, tworząc w ten sposób ‘drużyny przygotowawcze’- oznajmił z wyższością wymalowaną na tej przeokropnej mordzie.- A ci zostali przyjęci, tylko wtedy, kiedy zgodzili się złożyć przysięgę na Styks, że się nie wygadają.
- A co ze mną?
Głos zabrał muskularny ale chudy chłopak- Charles. Im dłużej siedziałam z nim w jednym pomieszczeniu, tym mocniej zaczynałam go kojarzyć. Na przykład, przypomniało mi się, że to jego mijałam pierwszego dnia, gdy szłam na śniadanie. A dziś widziałam go rano przy śniadaniu, w towarzystwie syna Tanatosa i już wtedy ze smutkiem odkryłam, że dziś nie ma żadnej fajnej koszulki. Byłam z siebie naprawdę dumna, że zapamiętywałam i rozpoznawałam twarze.
- Mam sam szykować poziom Zeusa, przysięgając, że nie wygadam co w min będzie samemu sobie?- Z uznaniem odkryłam, że chłopak patrzy na Milosa z politowaniem, a pogarda w jego słowach nawet nie próbuje być ukryta.
- Ależ nie. Chejron zgodził się przygotować poziom Zeusa, z pomocą kilku innych herosów, który będą mieli jakieś pomysły. Ogólnie: każdy kto chce może pomóc innym grupom. Jeżeli ma się pomysł na Plansze Afrodyty, ale jest się od Dionizosa… nie ma problemu.
To najwyraźniej zamknęło wszystkim buzie i Milos z triumfem w oczach mógł kontynuować.
- Rozpoczęcie zaczyna się o dziewiątej rano…
- Tak wcześnie?- jęknęłam odruchowo, po czym dodałam, patrząc na Es:- Jak tak, to niech się później nie dziwią, że nic mi nie będzie wychodzić…!
- O bogowie, właśnie- poparła mnie i wykrzywiła usta.- Za mało…
- Uwaga, wprowadzam zasady tego spotkania!- zawołał Milos, skupiając uwagę na sobie. Wszyscy spojrzeli na niego zdumieni, tą gwałtownością zmiany tematu. Jednak wszystko stało się jasne, kiedy mój przyjaciel wyrecytował zasadę numer jeden:- Victoria Rowllens nie odzywa się do mnie i nic nie komentuje. Kolejne zasady dojdą w trakcie.
Wspominałam coś kiedyś o dyskryminacji, cholera?
- Widzisz? A mówiłam, że zapamiętanie mojego imienia i nazwiska dobrze ci zrobi- wyszczerzyłam się słodziutko, tym samym wzbudzając śmiech wszystkich wokół.
- Nie łam zasad!- pisnął chłopak, a ja z Es popatrzyłyśmy na siebie, rozbawione jego tonem i obie z trudem powstrzymałyśmy śmiech.
- To co z tym rozpoczęciem?- zapytała dziewczyna z krótko obciętymi, niemal białymi, włosami i zostawioną z przodu dłuższą, blond grzywką. Fryzura w stylu emo w połączeniu z luźnymi, podwiniętymi jeansami, podkoszulku i ogromnym, workowatym swetrze, sprawiała, że wydawała mi się być jakąś artystką, czy kimś ze świata sztuki. Nie zdziwiłabym się, jakby wiecznie malowała sobie po rękach, nuciła pod nosem i tachała za sobą ogromną torbę pełną wszystkiego.
- Rozpoczęcie będzie o dziewiątej, na śniadaniu, Helen. Potrwa godzinę, potem czas na zebranie się w grupach, dobranie mieczy, łuków i innych dziwactw i o trzynastej zaczynamy.
Odchrząknęłam znacząco, skupiając na sobie uwagę kilku osób.
- Zapytałabym się, ile to trwa, ale nie mogę się odezwać, zapomniałam.
- Zasada numer dwa: Viktoria nie omija w żaden sposób zasady numer jeden!
- No co ty, nie śmiałabym. Jedyne, co chcę ci uświadom…
- Numer trzeci: Victoria nie kwestionuje tych zasad! Mogę kontynuować?!
- Powiedziałabym, że nie, ale nie mogę- burknęłam z politowaniem na co kilka osób parsknęło śmiechem.
- Czwarta! Nie pyskujemy!
- Czuję się jak w pieprzonej podstawówce- jęknęła Jenny,  przyciskając czoło do dłoni i oparła łokieć o swoje kolano, rozrywając przy tym niechcący jeszcze bardziej ogromną dziurę w czarnych rurkach.
- Cholera- odetchnęłam pełna podziwu.- Powstały już cztery zasady z czego po części wszystkie o mnie- stwierdziłam cynicznie.- Mil, słońce, masz obsesje na moim punkcie.
Zgromadzeni ryknęli śmiechem, a Milos przybrał na policzkach barwę buraka.
- Na czym to skończyłem…
- Na mnie- podsunęłam pomocnie, a zaraz otworzyłam szerzej oczy, udając zmartwioną i przycisnęłam rękę do ust.- Oj, przepraszam.
- A tak- zignorował mnie, nawet nie patrząc.-  Zakończenie natomiast, odbędzie się dzień po ostatnim dniu Turnieju.
- A tak właściwie, to ile trwa Dzień Turniejowy?- przerwała mu Es.- To znaczy- ile mamy czasu, żeby wypełnić te zadania, przejść Plansze, czy jak to chcecie nazywać.
- Trzy godziny- oznajmił usłużnie Milos, zadowolony, że może coś wyjaśnić.
- Pauza- oznajmiłam.- Zadałam ci to samo pytanie, a w odpowiedzi dostałam czteroma zasadami, które mnie dyskryminują, prosto w twarz. Słońce, chcesz powtórki z rozmowie o równouprawnieniu i dyskryminacji?
Jednak blondyn udał, że mnie nie słyszy i akurat zaczął paplać wszystkim o przebiegu treningów dla uczestników Turnieju. Milos bardzo dzielnie ciągnął swój temat i nie dawał się rozproszyć. Szkoda tylko, że jako jedyny, bo reszta zebranych już dawno straciła wątek i miała go trochę (czytaj: trochę bardzo) w poważaniu.
Natomiast ja nachyliłam się do Esmeral i głośnym szeptem, żeby jak najwięcej osób, w tym Milos szczególnie mnie usłyszało, powiedziałam:
- Es, zapytaj się go, dlaczego mnie ignoruje.
- Okay- odpowiedziała, również stylizując barwę swojego głosu na szept, jednak oznajmiła to tak samo głośno.- Poczekajmy tylko, aż skończy się mądrzyć.
- …dla tych, którzy wolą ćwiczyć po śniadaniu mamy… Zasada numer pięć! Nikt nie słucha pomysłów Victorii, a ta nikogo na nic nie namawia!
Milos przerwał swój monolog, a ja usłużnie zauważyłam:
- Właściwie to są dwie zasady.
Milos aż gotował się ze złości, jednak nim zdążył coś oznajmić, przerwał mu Nicolas.
- Kicia, ty się nie daj w tą zmowę wciągnąć, bo staniesz się wrogiem publicznym numer dwa. Victoria, nie deprawuj mi Kici- rzucił lekko, wyraźnie rozbawiony miną blondasa, który właśnie również jego postanowił ignorować.
- To się liczy jako zasada numer sześć?- zapyta Es.- Czy już siedem, bo tam były dwie?
- Siedem, a to też w sumie są dwie zasady. To już siódma i ósma.
- Ej, a czemu Nicolas ma prawo ustalać zasady?
Prawdę mówiąc, jeżeli Milos miał zamiar potępiać każdego, kto się uśmiechnie lub będzie się z niego nabijał, czy choć na mnie spojrzy, to niedługo będzie antyspołeczną pierdołą, gadającą samą do siebie.
Przez następne zmarnowanych dziesięć minut mojego krótkiego, ale jakże cudownego życia, siedziałam na niewygodnym krześle i przypatrywałam się każdemu z uczestników Turnieju. Każdy co jakiś czas coś mówił, chyba nikt nie milczał non stop. No, wyjątkiem był Oscar, Thomas, niski, może dziesięcioletni chłopiec oraz ta anielska blondynka, rozmawiająca po cichu z Suzanne, rudowłosą córką Hermesa. Oni raczej się nie odzywali i nie udzielali.
Z nudów uznałam, że zrobię sobie test na znajomość ludzi. Zaczęłam nazywać każdego, zaczynając od Milosa i idąc w prawą stronę.
To tak… Milos. Nicolas, Thomas, Sabina. Sędziowie. Potem siedział szeroki w barach chłopak podobny do tej laski z okropnym botoksem i fajnym afro. Ona siedziała tuż przy nim. Musieli być rodzeństwem. Dalej siedziała ta naturalna blondynka, Sara, potem przysypiał Oscar, a obok dziewczyna z szarymi włosami i pełnymi ustami, która jawnie ignorowała Milosa rozmawiając z Amandą. Co jakiś czas uśmiechała się z politowaniem, i patrzyła na zebranych spod lekko opuszczonych powiek. Pomiędzy zgrają nastolatków, którzy mieli wakacje- czyli byli nieuczesani, nieumalowani i ubrani w cichy, które nadawałyby się na ścierki do naczyń, owa dziewczyna wyglądała dziwnie. Miała mocny makijaż, ciemne usta, widoczną biżuterię i była ubrana w miarę zadbanie. Amanda, która siedziała obok niej wyprostowana, w letniej białej sukience i brązowych sandałach, również wyglądała inaczej niż otaczający ją obozowicze. Przy niej siedziała blondynka do której co jakiś czas szczerzył się Thomas, a obok niej siedziały kolejne trzy osoby z ich drużyny: Olivia, przystojny chłopak w fullcupie, ciemnowłosa dziewczyna. Kolejne pięć miejsc zajmowała nasza drużyna: Simon, Esmi, ja, Norbert i jego siostra. Chyba Courtney, ale jeszcze nie poznałam tej dziewczyny z czerwonymi włosami. Nie rudymi. Z czerwonymi. Obok niej miejsce zajął chłopak o imieniu Winston i niepozornie wyglądający mały chłopiec, a daje siedzieli Charles i Jenny, jak najdalej od siebie. Przy Jenny siedziała ta niepozornie wyglądająca blondyneczka, która rozmawiała z rudzielcem Suzanne. Przy niej było wolne miejsce, prawdopodobnie dla tego Chase’a. Dalej blondynka z męsko ściętymi włosami i luźnymi jeansami w łatach- chyba Helen, obok niej ten blondyn co mrugał do Esmi, a obok niego bardzo przystojny chłopak, którego imienia nie znałam. I potem Milos.
Kiedy skończyłam, spróbowałam skupić się na tym, co ma do powiedzenia Milos, usłyszałam „polityka korzystania z…”. I mniej więcej wtedy też jęknęłam i przestałam go słuchać załamana.
Już miałam zabrać głos, żeby skończyć te tortury, bo Milos paplał niemiłosiernie nudno i stanowczo za długo, kiedy blondasek z satysfakcją oznajmił:
- To teraz musicie tylko wymyślić, co ma być nagrodą.
- To lekki idiotyzm, czy to nie powinno być podstawą ustalanie czegokolwiek?- wyrwało mi się.
Nawet nie chciałam doprowadzić tym Milosa do białej gorączki, po prostu nie uwierzyłam w to co powiedział. Nie moja wina, że chłopak zerwał się z krzesła, uderzając rękoma w stół pingpongowy, że aż podskoczyłam na swoim miejscu.
- Na świętego Apolla, Victoria! Jak matkę kocham, zaraz cię zaj…
- Nieee, nie maaamy!...- przerwał mu szybko Simon, przeciągając celowo samogłoski. Jednym spojrzeniem posadził chłopaka z powrotem na swoje miejsce, a potem popatrzył na mnie jakby chciał przekazać „Daruj sobie, on i tak nie zaśnie od tego stresu przez najbliższy miesiąc”.
- Organizatorzy woleli poczekać aż zbierze się grupa uczestników i oni sami sobie wybiorą dodatkową premię- mruknął Norbert ze znudzonym spojrzeniem. Przechylił się na bok, w moją stronę i dodał:- Po prostu im się nie chciało.
- Wiesz, Rowllens, żebyście chcieli i mieli motywacje do wygrywania- oznajmił syn Tanatosa, wciągając się w dyskusję.
Thomas siedział ze skrzyżowanymi rękoma, odchylając się na krześle tak, że tylko tylne nogi mebla dotykały podłogi. Podbierał się piętami o podłogę i wyglądał, jakby zaraz miał usnąć. Jedyne, co zdawało się go trzymać na tym spotkaniu, to łapanie spojrzeń jednej z dziewczyn. Była to wysoka blondynka z wielkimi oczyma i długimi włosami, bardzo zadbana. Biedna, starała się go ignorować, ale zupełnie sobie nie radziła z czerwonymi polikami, która były jak dwie plamy na jej białej skórze. Nie wyglądała na zadowoloną z tego powodu. Jedynie była zawstydzona, że Thomas tak się na nią patrzy i uśmiecha w ten swój sposób.
Amanda, która siedziała  tuż obok blondynki, udawała, że tego nie widzi. Byłą zazdrosna, ale nie pokazywała tego po sobie za bardzo. Widać jedynie było, że ma zaciśnięte mocno zęby, siedzi wyprostowana i w każdym ruchu i słowie stara się pokazać Thomasowi, co traci. Osobiście byłam bliska wstania, odsunięcia ją z krzesłem do tyłu, bo aż szkoda mi było patrzeć na jej zachowanie. Szkoda mi było jej. Przecież to był Thomas. Dlatego też, kiedy brązowe oczy Thomasa zwróciły się na mnie, dzielnie wytrzymałam to ‘zabójcze’ spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niego pogodnie, mając nadzieję, że chłopak zobaczy, iż próbuję go tym zirytować.
- To jakie macie propozycję na nagrodę?
- O. To ja chcę…- zaczęłam, ale Milos po raz drugi uderzył pięścią o stół.
- Nie, Victoria, ty nic nie chcesz!- ryknął, a ja popatrzyłam się na niego szczerze zdumiona.
Ja rozumiem, że bywam wkurzająca i nieznośna, ale czy chłopak nie przesadzał? To zachowanie naprawdę mnie przytkało, bo jedyne co umiałam zrobić, to unieść wysoko brwi i uchylić z niedowierzaniem usta, szukając wyjaśnienia na pytanie: „O co chodzi..?”. Na szczęście uratowała mnie Esmeralda.
- Ej, Vicky, on już nawet zna twoje potrzeby lepiej niż ty sama.- Es nachyliła się w moją stronę, poruszając zabawnie brwiami.- Jego obsesja na twoim punkcje jest coraz silniejsza…
- No dobrze, koniec, starczy tego.- Głos znowu zabrał nasz drużynowy, Simon. Skarcił mnie i Es spojrzeniem, a sam splótł palce i oparł łokcie o kolana:- Trzeba na poważnie to potraktować.
- Na fakt- poparł go Nicolas.- Macie okazje wybrania sobie nagrody, którą na sto procent otrzymacie. I nie będą to nagrody książkowe, czy tandetne zestawy plastyczne, jak w szkołach, tylko coś co tylko chcecie.
- Czyli jak zachcę na przyk…- zaczęłam ale się zawahałam. Chciałam zapytać, czy kasowanie pamięci i odsyłanie do domu też się liczy.
Ale chwila…Czy nadal nie wierzyłam w prawdziwość tego miejsca? No właśnie- cały problem tkwił w tym, że uwierzyłam. I to mnie przerażało. Przerażało mnie to, że to co mnie otaczało zaczynało mi się podobać. Cholera, zaczynałam lubić to miejsce, beztroskę i tyle możliwości. A tak nie powinno być. Powinnam wrócić do domu, być przy mamie. Powinnam po tym zebraniu podejść do Thomasa, jak zwykle wymienić parę uszczypliwych uwag, po czym kazać się zawieść do domu. A po drodze zmusić do obiecanego obiadu.
Poczułam miażdżący ucisk pod żebrami, więc ostatkiem sił uspokoiłam się. Takie myślenie wywoływało jedynie atak paniki, wiedziałam, że teraz to nic nie da, a o mamie pomyślę kiedy indziej. Raz jeden w życiu. Cholera, raz. Chyba mogę, prawda?
- No to wymyślamy!- zawołała entuzjastycznie Suzanne, uśmiechając się na pierwszy rzut oka promiennie, ale ja dostrzegłam w tym podstępny błysk w oczach mówiący: „Idioci, i tak stanie na moim”.
- Okay, wymyślajmy- rzuciłam cicho, bo sama myśl o domu, o mamie, wybiła mnie z rytmu. Opadłam na krzesło i bez przybierania żadnego wyrazu twarzy zawiesiłam spojrzenie na leżącej nieruchomo piłeczce na stole od ping-ponga.
- Nie odzywaj się!- ryknął i tak Milos, uderzając arkuszem papieru o stół, tak, że wszystkie idealnie ułożone kartki dupnęły z hukiem o blat, a potem posypały się na wszystkie strony.- Nie! Odzywaj! Się!
Skrzyżowałam ręce i zsunęłam się niżej na krześle. I choć nie zamierzałam nic dodać, a po prostu go zignorować, Esmi i tak nachyliła się do mnie z konspiracyjnym uśmiechem.
- Zaplusowałaś w jego oczach.
- Myślę, że komentarz o równouprawnieniu i dyskryminacji będzie nie właściwy- uprzedził mnie Norbert, mówiąc to na tyle głośno by wszyscy usłyszeli i po chwili rechotali w najlepsze.
- Ta- uśmiechnęłam się do nich lekko.- Tymi argumentami sprawiłam, że tu jesteśmy. Nie sądzę, żeby się ucieszył słysząc je ode mnie ponownie.
Jednak Milos (nie)stety już tego nie usłyszał, bo klnąc i marudząc zanurkował na podłogę zbierać swoje notatki.
- Ja to pozbieram- oznajmił, sięgając po arkusze papieru,- a wy wymyślcie co chcecie. Propozycje. Może… Nick! Nicolas, mój przyjacielu, może jakaś pomoc?
Nicolas, jak już zdążyłam się przekonać, z typową dla siebie miną, czyli pełną kpiny i politowania, obserwował rozbawiony poczynania Milosa.
- Tam ci jedna karteczka odfrunęła- oznajmił pomocnie.
- Yhym, dziękuję- mruknął wielbiciel sweterków, zblazowany. Rozejrzał się i teraz padło na zgrabną dziewczynę o długich jasnych włosach, zbyt szarych by mogły być naturalne, i mocnym makijażu.- Judy, a może ty coś wymyślisz?
Dziewczyna urwała w połowie słowa rozmowę z Amandą i powoli obróciła głowę. Nie dramatyzowała, widać było, że ona się po prostu tak zachowuje. Miała bladą twarz, przeraźliwie jasne oczy i gdy spojrzała się na Milosa, zauważyłam, że zerka na chłopaka z politowaniem i zdumieniem, że ten się śmiał do niej odezwać.
- Ja?- powtórzyła z nutką rozbawienia.- Mnie się nie pytaj, ja tu jestem przypadkiem.
- Wiemy Judy- wtrącił Thomas.- Ojciec powiedział mi to samo.
Czy to przypadkiem nie była jego siostra…? Hmm, możliwe. Tak, byłam skłonna w to uwierzyć, gdy dziewczyna zgromiła go spojrzeniem i zmarszczyła nos, kręcąc głową, jakby go przedrzeźniała. A Thomas rozciągnął usta w przymilnym uśmiechu.
- Ale na poważnie- odezwał się ten Jack z brązowymi loczkami na głowie. Miał opaloną karnację, prosty nos, a na nim kilka piegów. Do tego wyglądem i stylem przypominał typowego, współczesnego nastolatka; fullcup nasunięty na tył głowy, luźne bermudy i kolorowe vansy.- Trzeba wymyślić tę nagrodę, bo żalowo będzie jak zrobi to ktoś za nas.
- No faktycznie- przytaknęła Suzanne.- Bo jeszcze zrobi to Milos i będzie serio żalowo- stwierdziła, przedrzeźniając na końcu swojego przedmówcę.
- Nie przedrzeźniaj starszych, siostruś- skarcił ją tonem nadopiekuńczego brata Nick, cmokając z dezaprobatą.- Za mało bierzesz przykładu z Johnny’ego, za bardzo wdałaś się w Amy…
- Chyba w ciebie, jak już- prychnęła ruda, mordując Nicolasa spojrzeniem.
- Marzenia…- Nicolas westchnął teatralnie i popatrzył na nią z przesłodzonym uśmiechem. Dla lepszego efektu przeczesał dłonią włosy i mrugnął znacząco jak model.
Siedząca obok Suze szczupła i smukła blondynka z ostrymi rysami i kościstą twarzą zachichotała. Kogoś mi przypominała, ale choć się starałam nie umiałam stwierdzić do kogo jest podobna.
- A może Milos zdecyduje, tak jak już zdecydował o reszcie rzeczy?- podsunęła z irytacją dziewczyna, która samym patrzeniem na nią sprawiała, że wykrzywiłam się lekko. Dobra, może i miała całkiem dobrą figurę- okrągły tyłek, spory biust i była szczupła, ale jej  twarz…? Wielkie usta i koszmarnie regulowane brwi nadawały jej bardzo nie naturalny wyraz. Mówcie co chcecie, jak dla mnie była przesadnie zrobiona i brzydka. Jedyne co miała fajne to ‘afro’ ciemnych loczków okalające całą twarz.
- O nie- zaśmiałam się szczerze rozbawiona, bo to zaczynało być już komiczne, niemal smutne.- Wtedy nagrodą będzie uśmiercenie mnie w okrutny i sadystyczny sposób. A ostatnią konkurencją będzie licytacja na najgorszą śmierć dla mnie. Zwycięzca realizuje.
- Kto jest za?!- zawołał błyskawicznie i entuzjastycznie Nicolas unosząc rękę w górę i prostując się jak przykładny uczeń. W jego ślady natychmiast poszła Esmeralda, śmiejąc się wesoło. Posłałam mu litościwe spojrzenie, które odwzajemnił mrugnięciem.
- Sei un idiota *jesteś idiotą*- zarzuciłam mu, na co chłopak wyszczerzył się szerzej. Es automatycznie, jak tylko usłyszała włoski, kopnęła mnie w kostkę z miną „I ty Brutusie…”.
- Zbliżają się wakacje.
Spojrzałam na Oscara, który odezwał się pierwszy raz. Nawet podczas monologów Milosa, kiedy wszyscy gadali między sobą on milczał. Dlatego zdziwiło mnie to, że akurat blondyn zabrał głos. Wszystkich zebranych chyba też, bo zamilkli. Poza Thomasem.
- Stary, nie wiem czym się ujarałeś, ale długo ci zajęło odkrycie tego.
- Ba, spóźniłeś się- dołączył się szczerze rozbawiony Charles.
- Wakacje zaczęły się dokładnie wczoraj. Mamy sobotę.
Oscar nawet na nich nie spojrzał, choć Charles zaczął rechotać w najlepsze. Nawet ruchem ust i na migi przekazał coś Thomasowi, na co dla odmiany ten parsknął stłumionym śmiechem. Jenny ściągnęła wymownie usta i uniosła ze współczuciem brwi, odsuwając się od Charlesa z krzesłem jeszcze dalej. Blondyn kontynuował:
- Zbliżają się wakacje więc…!- zaznaczył, tu robiąc przerwę, by popatrzeć na Thomasa z wyższością.- Może po prostu drużyna która wygra, i rodzeństwo wszystkich uczestników tego zespołu, przez całe wakacje nie ma żadnych obowiązków.
- No to jak- odezwał się Simon, uciszając wszystkich.- Pasuje wam, żeby ci co wygrają nie musieli myć stajni, łazienek, zmywać, ogarniać truskawek i tak dalej?
- Doskonały pomysł- zawołał od razu jakiś blondyn.- Jak wygramy my, Apollo i Hermes do września nie muszą nic robić z grafiku, tak?
- Cudnie- mruknął na to Nicolas, a sposób w jaki zgromił spojrzeniem owego blondasa dał mi podstawy sądzić, że za nim nie przepada.- Czyli jako syn Hermesa, który musi zdać się na ciebie, mogę już kupić sobie szczotkę do mycia kibli, bo tym będę się zajmował przez najbliższe dwa miesiące.
- Mnie też się nie podoba, że mam grać o coś, na czym skorzystasz.
- O nie, czyli wychodzi na to, że pośrednio będę musiał ci kibicować.
- Spróbuj mi kibicować- prychnął blondyn, wykrzywiając się do Nicolasa ironicznie. Oj, ewidentnie za sobą nie przepadali.
- Milos.- Nicolas popatrzył się na blondyna z powagą.- Czy można już zgłaszać korupcję i celowy spisek, żebym mył kible? Albo wniosek, o wymienienie mojego rodzeństwa na kogoś innego. Nie chcę, żeby mieli styczność z pospólstwem…wybacz Helen, do ciebie nic nie mam.
Blondynka z męską fryzurą uśmiechnęła się rozbawiona, unosząc rękę w geście, że rozumie i nie ma pretensji. Za to ten przystojny chłopak…o! to on puszczał oczko do Esmi! Ha, i kto tu jest mistrzem zapamiętywania nowych twarzy? No, to właśnie on westchnął bezradnie i wzniósł oczy do nieba.
- Jestem za -przypomniał Charles, obracając głowę i wyczekująco patrząc na Jenny, jak na bardzo niebezpieczny okaz niedźwiedzia grizzly. Ta przystawiła sobie do boku twarzy rękę, jakby chciała go zasłonić.- Mam podobny problem
- Stary, ty i tak nigdy nic nie robisz.
- Hmm, racja- powiedział, patrząc na Oscara z uznaniem. Charles wyglądał na zaskoczonego tym odkryciem, ale przyjął je z godnością.
- Nie, nie można- odezwał się Milos, patrząc na Nicolasa jak jakiś profesor.- Jest idealnie, bo popierając swoich, będziesz jednocześnie popierał Alexa, którego jawnie nie lubisz. Będziesz idealnym, bezstronnym sędzią.
- Raczej sfrustrowanym, udupionym pomiędzy młotem a kowadłem sędzią. Przegrać, czy wygrać, a tym samym wygrać z Alexem- poprawił go Nicolas, krzywiąc się.
Koniec końców prawie każdy poprał pomysł Oscara, który się swoim sukcesem za bardzo nie przejął. Westchnął jedynie z litością w spojrzeniu, patrząc jak wszyscy zaczęli się przekrzykiwać się, jakie to obowiązki mogą ich ominąć. Pozostała część, czyli Nicolas i Es, nadal popierali pomysł z ukatrupieniem mojej osoby…. Ale, że poprał ich tylko Milos i Thomas, ten plan nie przeszedł.
Kiedy dowiedziałam się, że w tym cudownym, pełnym radości i realności miejscu istnieje coś takiego jak „karne czyszczenie zębów (i nie tylko, cholera!)  pegazom” uznałam, że wygrana musi należeć do mnie. Oczywiście to i tak nic- sprzątnąć stajnię latających świni, domek czy zamiatać jadalnie, to było proste do olania. To było jasne, że wszyscy tu zebrani najbardziej chcieli  m ó c  nie robić niczego; tylko to na co mają ochotę. I robić to legalnie, żeby nikt im nie wypominał i nie przypominał o głupich zadaniach na piątkowy wieczór.

Na ławce po zebraniu czekała na mnie Amy oraz Johnny- oni naprawdę byli nierozłączni. Dziewczyna siedziała po turecku, bokiem na ławce, pieczołowicie zeskrobując zaschnięte błoto z rękawa za dużej bluzy z zadrukiem: „Slow food”. Proste jak druty blond włosy tworzyły zasłonę wokół jej twarzy, kiedy się pochylała do przodu. Pierwszy zauważył mnie i Esmeraldę, John:
- Wypisałaś się?- zawołał, na co Amy aż podskoczyła.
- Tak- odkrzyknął mu Nicolas, który nie wiadomo skąd znalazł się obok Es i jak zwykle uśmiechał szeroko.
- CO?!- zawołałam jednocześnie z Amy, jednak kiedy dziewczyna dostrzegła moją reakcję, pojęła, że brat sobie z niej żartuje.
- Nie wypisałabym się, nigdy!- przypomniałam Johnny’emu.
- Nie pozwoliłabym jej się wypisać, nigdy!- poparła mnie Amy, z większą lub mniejszą poprawnością wypowiedzi. Ważne, że zabrzmiało podobnie, bo obie się wyszczerzyłyśmy i przybiłyśmy sobie spektakularną piątkę.
Johnny wzniósł oczy do nieba i opadł na ławkę zblazowany. Mając przy sobie trójkę dzieciaków Hermesa, dziwnie było wiedzieć, że to rodzeństwo. Każde z nich zupełnie inne. Johnny w wielkich okularach, budowie stracha na wróble, najbardziej opalony, smukły ale nadal bardzo przystojny Nicolas z ciemnymi włosami oraz Amy z okrągłymi policzkami, różową skórą i jasnymi, bardzo jasnymi włosami. Byli zupełnie inni.
Jedyne co ich łączyło to układ twarzy, typ budowy ciała, układ oczu, nosów, uszu. Mieli podobne nosy, oczy innych kolorów, ale identyczne kształtem i bardzo podobną mimikę twarzy. Łączył ich sposób mówienia, poruszania się i ten malutki ‘rodzinny’ element w ich osobie.
- Kochanie, nie gap się tak na mnie, bo boję się o swoje życie- usłyszałam głos Nicka i natychmiast otrząsnęłam się z rozważań. Musiałam się zapatrzeć w niego, bo Es przyglądała mi się spod uniesionych brwi, a w kącikach jej ust czaił się cień uśmiechu.
- Sorry- bąknęłam, ale szybko zwróciłam się do Amy:- A więc, kto chce usłyszeć, co się wydarzyło na tajnej naradzie?
- Na pewno nie Johnny!- zaświergotała melodyjnie, tak jak obrażają się rymowankami przedszkolaki.
- Nie chcę was martwić- zaczął Johnny- ale „tajna narada” nie bez powodu została nazwana tajną.
- Bzdury, ktoś po prostu chciał zwrócić na nią uwagę i zainteresowanie wszystkich innych.
- Tak działają media- poparł mnie Nicolas, kiwając ze zrozumieniem głową.
- Media- prychnęła Es pogardliwie, rozbawiona tym określeniem.
- Przecież słowo „tajna” jest równoznaczne z „uwaga, ważne rzeczy, trzeba o nich gadać!”- dodała Amy patrząc na okularnika z rozbawieniem.- No dobra Victoria, opowiadaj.
- To niedopuszczalne, żeby…
- Żeby koleś w twoim wieku używał słowa „niedopuszczalne”- wtrącił Nicolas, klepiąc brata po ramieniu. Johnny zawodowo wzniósł oczy do nieba zblazowany.
Stare Złe Małżeństwo, czyli Amy i Johnny wstali z ławki i razem z nami ruszyli w stronę domku numer jedenaście. Amy z szerokim uśmiechem, wtryniła się pomiędzy Es a mnie i wziąwszy nas pod ramiona, pociągnęła przodem.
- Robimy dziś kameralną imprezę- oznajmiła entuzjastycznie.- Musicie się wyszaleć, póki jeszcze możecie. Zaprosiłam połowę obozu, tą przystojniejszą i fajniejszą oczywiście.
- Amy, kochanie, nie deprawuj mi Kici!
- Nick, prostaku, nie podsłuchuj babskich rozmów- odgryzła się, po czym widząc pełną uznania minę Esmeraldy, obie wyszczerzyły się do siebie jak wariatki.- A poza tym dziś jest dzień rybołówstwa!
- Serio?- zdumiał się Nicolas, wcale nie będąc w tym ironiczny.- No to musimy zrobić tę imprezę.
Amy uśmiechnęła się do niego, zadowolona, że ją zrozumiał. Wymieniłam z Es znaczące spojrzenia. Chyba żadna z nas nadal nie przywykła, w jakim miejscu się znalazłyśmy.

Normalni ludzie (gdyby tacy tam byli) podczas narady


Co nowego w rozdziale?
W tym rozdziale odbywa się Turniejowa narada z uczestnikami. Rowllens się na nią spóźnia, od początku irytuje Milosa, a potem zostaje zbombardowana 'zasadami spotkania', w których Milos zakazuje jej prawie oddychać. Jakby mógł, pewnie by to też zakazał, jestem pewna. Podczas narady uczestnicy i sędziowie rozmawiają o zasadach, jak wygląda Turniej, na końcu o tym, czym ma być nagroda. Po głosowaniu, pomysł na uśmiercenie Rowllens popiera tylko parę osób, reszta głosuje za zwolnieniem rodzeństwa zwycięzców i zwycięzców z obowiązków przez całe wakacje. Szczerze, polecam ten rozdział do przeczytania wszystkim, nawet tym co czytali, bo jest tu dużo spraw organizacyjnych, a poza tym pojawiają się nowi bohaterowie, każdy uczestnik Turnieju, pokazane są ich relacje. Po naradzie Esmeralda i Victoria spotykają Amy i Johnny'ego, potem Nicolasa i tam rozmawiają jeszcze trochę o Turnieju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz