środa, 7 września 2016

Wakacje z o.o. (6) cz.1


ESMERALDA VI


- Czy u was naprawdę takie bitwy na żarcie są często?
- To zależy od nastrojów, dnia i amplitudy temperatury – wytłumaczył mi z przekąsem Nicolas, ze spokojem odbijając do mnie piłkę.
- I nikt nie ma do was o to pretensji? – odebrałam ją dołem, po czym podbiłam ją sobie w górę i przebiłam. Nie wymierzyłam za dokładnie, bo piłka otarła się o siatkę, przez chwilę się na niej zatrzymując i nagle zlatując na drugą stronę. Nick nie zdążył się po nią rzucić.
- To była świnia – oznajmił naburmuszony, podnosząc kulę z ziemi i serwując. – Ale ty jesteś konserwatywna.
- Nie konserwatywna, po prostu żal mi pracy tych osób z kuchni – odparłam z wyrzutem, odbijając. Od półtorej godziny bolały nas ręce od trzymania ich prawie wciąż w górze, do tego słońce niemiłosiernie świeciło, a piasek nagrzewał się, boleśnie wbijając się w moje bose stopy.

- Pamiętam, jak kiedyś Pan D. zaczął rzucać swoją dietetyczną colą. Charles trafił w niego kawałkiem pizzy z salami, a biedaczek nie znosi salami.
- Ty nie znosisz ananasów w pizzy. Kiedyś nawet...
- Nawet tego nie wspominaj.
- Leżałeś na moim łóżku, trzymałeś się za brzuch i mówiłeś, że widzisz jednorożce. – Zaczęłam się tak śmiać, że straciłam piłkę, odbijając ją w siatkę. To było jedno z najbardziej wstydliwych wspomnień Nicolasa – miałam wtedy prawie trzynaście lat, Nicolas skończył już czternaście. Zamówiliśmy pizzę, która była fatalnym pomysłem, jeśli się ją połączyło z owocową orenżadką z jakiegoś lipnego źródła (Nicolas już wtedy miał zadatki na kleptomana). Pół dnia spędziłam w łazience, klęcząc w wannie w ubraniu, bo razem zatruliśmy się jakimś składnikiem z pizzy, co spotęgowało bąbelkowe napoje.
- Bo one tam były! – zaśmiał się Nick, nawet nie próbując podnosić piłki leżącej pod siatką.
- Wiesz, z perspektywy czasu jestem gotowa w to uwierzyć. – Nie chciałam się przyznać nawet przed samą sobą, że w tamtym momencie, w Obozie, byłam uwierzyć w tysiąc więcej niemożliwych rzeczy niż tydzień wcześniej. – Ale, na litość boską, czemu biedny ananas?
- Odpowiedzią na twoje pytanie jest ananas. – Nicolas rozłożył ramiona. – Kicia, mio sole, masz całą słoną pizzę i jeden słodki składnik. No co się wyróżnia?
- Przynajmniej był oryginalny...
Nick wzruszył ramionami, schodząc z boiska. Podniósł swój zegarek, który przed odbijaniem rzucił na murek obok pola do gry, i zerknął na niego. W duchu zawsze się cieszyłam, że go nosi – po pierwsze wyglądało to genialnie, dzięki czemu liczba fanek do przeszkolenia na potencjalną dziewczynę Nicolasa wzrosła, a po drugie, jako że prawie cały czas spędzałam z moim przyjacielem, ogarniałam, która godzina.
- Kiciuś, muszę coś załatwić. – Popatrzył na mnie, a ja kiwnęłam głową i kopnęłam piłkę spod siatki. Kula potoczyła się kilka metrów i zatrzymała obok słupka.
- Idę z tobą – oświadczyłam, zmierzając w stronę Nicka i jednocześnie spinając włosy w koczka. – Jeśli to randka, to idę w roli przyzwoitki. Muszę się tylko wrócić po mój zestaw pyta...
- Oj nie ma mowy – zaśmiał się, zapinając zegarek na nadgarstku. – To nie byłaby randka ze mną, tylko z tobą. Podejrzewam, że odpowiadałabyś za mnie na wszystkie pytania.
- Mój Boże, jak ty mnie dobrze znasz – westchnęłam, biorąc go pod ramię. – Z kim i gdzie?
- Z Chejronem w wielkim domu – odpowiedział, szczerząc się do mnie jak głupi. Momentalnie od niego odskoczyłam, przywołując niesmak na twarz.
- Nicolas, wiedziałam, że jesteś dziwny, ale zoofilia?
- A Chejron jest faceeteem – zaświergotał, łapiąc mnie szybko w talii i przyciągając do siebie. – No, przynajmniej w połowie. W drugiej połowie jest...
- ...koniem. Pierdoło... – jęknęłam, chowając twarz w dłoniach. – Dobrze, że nie ma pięciu lat i winorośli owiniętej wokół du...
- On ma parę tysięcy lat – oświadczył Nick, kiwając z powagą głową. – Chyba nie istnieje coś takiego jak starszofilia.
- Skończ – poprosiłam, rwąc z drzewa jednego liścia i mnąc go w dłoni. – Po prostu skończ.
- Okay – zaśmiał się. – Patrz, Pan D. ciśnie partyjkę w pokera z Sabiną. – Mówiąc to, wskazał na werandę przed Wielkim Domem. Nie zorientowałabym się, że już dotarliśmy do budynku, bo cały czas wpatrywałam się pod nogi. Uniosłam wzrok.
Na krzesłach przy stole siedziały dwie postacie. Jedna z nich była niska i nieco... hm, przysadzista, ubrana w dość gustowną koszulę w panterkę, z puszką dietetycznej coli obok ręki. Naprzeciwko niego, dzierżąc w dłoni wachlarz kart, o blat opierała się blondwłosa dziewczyna w żakiecie.
- Zawsze ją bierze do pokera i zawsze przegrywa – wytłumaczył mi cicho Nicolas, a ja się prawie bezgłośnie zaśmiałam. – Dotąd to jest największą zagadką obozu, dlaczego nie weźmie kompletnego karcianego debila.
- Może ma poczucie, że jak z nią wygra to zasłużenie. – Wzruszyłam ramionami, a chłopak przewrócił oczami.
- To się nigdy nie stanie.
- Kim on w ogóle jest? – spytałam, zwalniając nieco, żeby nikt nie usłyszał o moim braku wiedzy. – I czemu, do cholery, pije dietetyczną colę? Przecież to syf.
- Powiedziała osoba, która wlewa w siebie hektolitry Inki – zażartował. – Jest Dionizosem, bogiem wina. Kiedyś Zeus na niego się wkurzył i zesłał go do pilnowania dzieciarni w naszym Obozie. I zakazał pić jakichkolwiek napojów procentowych. Przynajmniej taka wersja do mnie dotarła.
Czyli... mamy w Obozie boga. Olimpijskiego boga. Olimpijskiego boga z Olimpu.
No super.
- Czy on... – przełknęłam ślinę – potrafiłby... no nie wiem... spopielić kogoś?
- Pewnie też umie, ale chętniej zamienia w delfiny... Eee, Esmeralda, dobrze się czujesz? Zbladłaś.
Skąd ci to przyszło do głowy, przyjacielu?
Jednak jego przedostatnia uwaga nieco mnie uspokoiła. Jeśli już to wolałam spędzić resztę życia jako ssak morski, a nie kupka popiołu.
Machnęłam ręką na znak, że wszystko okay (chociaż w głowie wyobrażałam sobie delfina z moim afro na łbie). Nick pokiwał głową, poklepał mnie po ramieniu i zawołał:
- Hej, Panie D.!
Bóg flegmatycznie uniósł głowę i poszukał wzrokiem Nicka. Kiedy go zauważył, skinął mu głową.
- O, Nicodem.
- Nicolas – poprawił go szybko Nick, zerkając na mnie i z lekkim uśmieszkiem kiwając mi głową. Podeszliśmy na tyle blisko, żeby zauważyła nas blondynka z długim warkoczem, siedząca przy stole. Na widok mojego przyjaciela się rozpromieniła.
- Właśnie. – Pan D. machnął ręką. - Czego chcesz?
- Nick – odezwała się dziewczyna, odkładając karty (co zauważyłam, stroną z figurami i kolorami do dołu) i obróciła się do nas. – Kiedy przyjechałeś? Najsłodsza Ateno, nie zauważyłam cię dotąd.
- Niedawno, kochana, kilka dni temu – odpowiedział, przybijając z nią żółwika. – Sab... Panie D. – przypomniał sobie o jego obecności – to moja przyjaciółka Esmeralda. Kicia – dodał, porozumiewawczo patrząc na Sabinę. W jej oczach dostrzegłam błysk zrozumienia.
- Esmeralda? –spytała, a ja wewnętrznie popełniłam samobójstwo. Wszyscy, którzy na tym Obozie mnie poznali, patrzyli się na mnie tak, jakby mnie już kiedyś spotkali. Miałam nadzieję, że Nicolas oszczędził sobie co bardziej wstydliwych wspomnień z mojego życia przy plotkowaniu o mnie. – Miło cię poznać. – Wyciągnęła do mnie dłoń, a ja ją uściskałam. Dziewczyna miała zaskakująco delikatny uścisk. 
- Uwaga! Chcę przerwać wam te pogaduszki – oświadczył flegmatycznie Pan D., przekładając karty w swoim wachlarzu. – Nicodem, czego chcesz?
- Szukam Chejrona – wytłumaczył Nicolas, przewracając oczami.
- A, Chejrona. – Pokiwał głową. – No to masz pecha, chłopcze, bo...
- Chejron jest w środku, zaraz powinien wychodzić – wtrąciła się Sabina, patrząc na Nicka; najwyraźniej perspektywa bycia delfinem jej nie przerażała. – Mamy pewne sprawy do omówienia.
- Ja dokładnie po to tu przyszedłem – wyjaśnił wesoło Nick.
- Właśnie właśnie – potwierdził ochoczo Pan D. – To oddeleguj sobie tę Emaraude...
- Esmeraldę – odruchowo go poprawiłam, zaplatając ramiona na piersi. Nie chciałam się wyrywać, żeby tam zostać, ale też nie chciałam spędzić reszty dnia sama, nie znając prawie nikogo w Obozie. Byłam gotowa się kłócić, chociaż w głowie wciąż siedział mi ten cholerny delfin, ale moje plany pokrzyżował spokojny głos ze środka Wielkiego Domu.
- Esmeralda wszystkiego się dowie dzisiaj na zebraniu.
I właśnie wtedy na zewnątrz wyszedł centaur.
Wyobrażałam sobie go dziesiątki razy, myślałam, że jak go zobaczę, to... no wiecie, on był w pewnym sensie kierownikiem Obozu, normalnie wykazałabym się elokwencją, rzuciłabym jakąś inteligentną uwagą, generalnie wydawałabym się mądrą, ogarniętą dziewczyną.
A tak to stałam z rozdziawioną gębą, ramionami opuszczonymi wzdłuż ciała po tym, jak się rozplotły, i wytrzeszczonymi oczami.
Był wysoki. Boże, konie generalnie są duże, ale przez to, że zamiast łba miał kolejny tors, ale ludzki, wydawał się jeszcze większy. Jego końskie ciało było białe i smukłe, moment jego łączenia z człowieczym był zakryty przez elegancką kamizelkę. Sam Chejron miał twarz bardzo przyjazną i gdyby nie fakt, że znajdowałam się dobry metr w górę od mojej, śmiałabym twierdzić, że mnie naprawdę nie onieśmiela. W jego brązowych włosach można było zauważyć pasma siwizny, broda była przerzedzona, a oczy zmęczone i nieco wyblakłe. 
A jego ogon był zbyt idealnie wyczesany. Założyłabym się, że zakłada na noc wałki albo go prostuje. 
I pamiętał moje imię. Chryste.
- Yyy... jasne – odpowiedziałam, a moja elokwencja poszła się tarzać w rowie. Kurde. – To znaczy... jakie zebranie?
Musiałam porządnie zadzierać głowę, żeby patrzeć mu w oczy, za to on musiał porządnie spuszczać łeb. Chyba byliśmy kwita, aczkolwiek mnie raczej bardziej bolała szyja.
- Wszystkiego się dowiesz – wyjaśnił, kiwając mi głową. – Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, co tu się będzie działo i na czym może polegać Turniej.
Westchnęłam. Pan D. już stracił mną zainteresowanie, z niezadowoleniem kręcąc głową, kiedy Sabina znowu miała silniejsze karty od niego. Dziewczyna nie była zbyt pochłonięta grą, bo latała wzrokiem pomiędzy mną a pozostałą dwójką rozmówców. A Chejron i Nick po prostu się na mnie gapili.
Czułam się jak piąte koło u wozu. Uznałam, że lepszą opcją będzie oddalenie się niż siedzenie z nimi i udawanie, że wiem, o co chodzi. Zwłaszcza, że podczas ich konwersacji nie będę wiedzieć, o co chodzi. 
- To ja sobie pójdę. – Wskazałam palcem na Nicolasa. – A z tobą jeszcze sobie porozmawiam – dodałam wesoło, puszczając mu oczko.
- Postaramy się wszystko szybko załatwić. Serio. – uśmiechnął się do mnie. – Przyjdę po ciebie, jak tylko skończymy.
Pokiwałam głową.
- Przybiegniesz w podskokach, mój przyjacielu.
***
Od pięciu minut herosi się zbiegali- z domków, z lasu, z areny, stajni, polowania na tęczowe bydło… chociaż nie, w sumie to nie było polowanie, nie dajmy się zbić z tropy przez fruwającą krowę, wabiącą się (czy jakkolwiek miałam to nazwać) per Pulpet.
Nick poszedł do pozostałych sędziów, bo „musi omówić zasady i tak dalej i tak dalej”, mimo że parę godzin wcześniej robił to z Chejronem. Tak więc zostałam sama. Zaplotłam ręce na piersi i usilnie próbowałam się nie zirytować.
Siedziałam w drugim rzędzie (Dobrze, że nie w pierwszym- wiadomo, że występujący plują, więc cały ostrzał idzie na sam przód, szkoda mi tych oferm, co siedziały w pierwszym rzędzie), a naprzeciwko mnie stało podium- zwykłe, czarne, cholernie wysokie. Cóż, niejednokrotnie używane; ślady butów, kółek, pojedyncze odciski znaczyły całą powierzchnię materiału. Pomimo, że było jasno, na wysokości jakiś czterech metrów wisiały reflektory, jeszcze niezaświecone.
Na scenie, a dokładniej mniej więcej jej środkowej części, stały dwa stoły. Przy każdym z nich stało pięć krzeseł… o, i w sumie każde było zajęte.
Przy lewej ławie siedziało… licz, Es, licz… dwie dziewczyny i trzech chłopaków. Licząc znowu od lewej, jako pierwsza siedziała nastolatka, która wyglądała, jakby się urwała z wybiegu dla supermodelek – figura jak marzenie, włosy nienagannie ułożone, zrobiony delikatny makijaż, który podkreślał wszystkie zalety jej twarzy, a ubrana była w zwyczajne ciuchy, które... po prostu wszystko robiły u niej na plus.
Kolejny, chłopak, miał bardzo ciemną skórę i wyglądał mi na Mulata, zwłaszcza z czarnymi włosami i ciemnobrązowymi tęczówkami; miał tak pozytywny wyraz twarzy, że chciało się do niego podejść, uściskać i pogadać. Rozmawiał z trzecią osobą, szatynem, ubranym w nienagannie wyprasowaną koszulę. Jego twarz znaczyły nieliczne, ale mimo wszystko widoczne piegi; chłopak co chwilę kiwał głową, sporadycznie zerkając do papierów leżących przed nim na stole. Przed każdym z nich znajdował się takiej samej grubości plik kartek – może notatek?
Następny, również płci męskiej, posiadał bladą cerę, za to jego kasztanowe włosy kolidowały ze złotymi oczami i w efekcie trudno się na niego patrzyło przez te tęczówki. Był bardzo zaabsorbowany szklanką znajdującą się przed nim, co chwila sączył z niej łyka i obracał ją w palcach. Dopiero, kiedy zobaczyłam nadrukowane na niej smerfy, trochę poczułam, co mu w duszy gra. Ostatnia, dziewczyna, miała czarne, proste włosy i wąskie różane usta. Jeśli to miał być styl metala, to jej się udało tak ubrać. Przypominam, że wszyscy kochamy stereotypy.
Przy drugim stole siedział, niedawno mi poznany, Pan D.. O, był jeszcze Chejron (on nosi wałki na ogonie. To jest udowodnione naukowo. Razem z Nickiem doszliśmy do takiego wniosku- w innym przypadku na jego tyłku byłoby urocze sianko, które jedzą jego… eee, przodkowie? To w połowie koń, musi mieć za przodka jakąś starą szkapę), a w jego stronę pochylał się blondwłosy chłopak z niezwykle pociągającym przedziałkiem, nażelowaną główką i w pedalskim sweterku.
Mrau.
Mm, kogo tam jeszcze mieliśmy? A, Thomas. Uroczy człowiek. Poznałam go na stołówce- najpierw nazwał mnie piękną, a kiedy już się wkurzyłam stwierdził, że lubi takie (w sumie to chciałam go kopnąć w nogę, ale, cholera, nie udało mi się, skubany robi szybkie uniki. A na Nicka to zawsze działało. Ups, chyba właśnie obaliłam opinię, że wszyscy mężczyźni są tacy sami)... Obok niego zobaczyłam tę samą dziewczynę, którą widziałam dzisiaj, kiedy z Nickiem przechodziliśmy obok Wielkiego Domu – ta, która najspokojniej wykładała w pokerze. Nazywała się S... Samantha? Sara? W każdym razie na S. O, Sabina. Miała tego samego warkocza, co wcześniej, bo nieco włosów wymknęło się z jej fryzury i lekko powiewało naokoło jej twarzy. Dziewczyna uśmiechnęła się do trybun i pomachała (a może komuś odmachała?). Ach, no i oczywiście nasz niezawodny sędzia Nicolas.
Który właśnie podszedł do sąsiedniej ławy.
Podążyłam za nim wzrokiem. Uśmiechnął się do tej dziewczyny, która wyglądała jak żywcem wyjęta z czasopisma o modelkach. Zatrzepotała zalotnie rzęsami i posłała mu całusa.
Przypomnijcie, żebym jej zrobiła krzywdę. Nicka się podrywa tylko w mojej obecności. Ja jestem jak jego przyzwoitka! Jak… jak darmowa, zazdrosna dziewczyna! Jak… no po prostu Nick jest mój, dopóki nie znajdę odpowiedniej kandydatki na jego dziewczynę. Będzie miała masę testów do przejścia, zagadek do rozwiązania, no a na końcu Nicolasa, niczym księżniczkę na wieży będzie strzegł boss, coś w rodzaju smoka- czyli Esmeralda we własnej osobie.
Wracając- Nick pochylił się do tej drugiej dziewczyny, tej z czarnymi włosami, i zaczął coś do niej szeptać. Ta w zamyśleniu kiwnęła głową i coś odpowiedziała, a syn Hermesa z zadowoleniem podniósł się i wrócił na swoje miejsce.
Z lekkim westchnieniem odwróciłam się do tyłu- znajdowało się tam około siedmiu, może ośmiu rzędów siedzeń, które powoli, stopniowo zajmowali herosi.
Durne zebranie na durny temat, którego nie znałam.
Durnie.
Odwróciłam się i z zaciętą miną zaplotłam dłonie na piersiach. Po chwili zjawiła się Vicky, siadając obok mnie. Popatrzyłam na nią kątem oka.
- Hej – przywitałam ją, delikatnie się uśmiechając. – Gdzie byłaś?
Dziewczyna machnęła ręką.
- Nic ciekawego, uwierz mi. Ot, chodziłam sobie gdzieś, dokuczałam innym… - Kłamała. Często mrugała i od czasu do czasu uciekała wzrokiem, a jej źrenice były zbyt rozszerzone, chociaż przebywałyśmy na zewnątrz, a jasność wszystko zalewała.
Mimo to nie zamierzałam naciskać. Skoro mi nie powiedziała, to znaczy, że miała powód. Dopiero się poznałyśmy, więc nie musiałyśmy sobie opowiadać absolutnie wszystkiego.
Vicky, która do tej pory znudzona obserwowała tłumy herosów wokół nas, wyprostowała się i wyglądała tak, jakby zamierzała właśnie coś powiedzieć, ale przerwał jej donośny głos.

- Herosi! – Spojrzałam w stronę, skąd dobiegało to słowo. Chejron, ten opiekun, co ma końską duuuu…gi ogon na zadzie. Ykhy. Coś o nim wspominałam, prawda? O jego wypielęgnowanym, nawałkowanym…
Wiem, teraz mówię to tak, jakbym oznajmiała, że jadłam płatki na śniadanie, ale wtedy to było przerażające, kiedy Nick mi go pokazał. W gruncie rzeczy było to przerażające już wtedy, kiedy pierwszy raz o nim słyszałam w samochodzie - musiał być niespełna rozumu, skoro zdecydował się dać prawo jazdy Nicolasowi, miałam prawo być zaniepokojona.
- Witam was na omawianiu zasad kolejnego, corocznego Turnieju Herosów! – Półbogowie za wiwatowali.
Przewróciłam oczami i poszukałam wzrokiem Nicka, który patrzył na ten cały aplauz ze znudzeniem. Widać, że mój przyjaciel. Przeszedł już tyle ze mną, że nawet jakby mu bomba atomowa wybuchła koło ucha, to by się nie przejął.
– Zostaną wam przedstawione zasady tej gry – kontynuował centaur. Skinął na chłopaka, siedzącego nieopodal niego. Wiecie, tego z niezwykle seksownym, męskim przedziałkiem na głowie. Wstał i podszedł do centaura.
- W tym roku drużyn będzie pięć – zaczął, gdy Chejron oddał mu głos. – Będą nimi przewodzili: Olivia, Johnes, Simon, Timny oraz Jenny.
Gdy wymieniał, wstawali z miejsc kolejni herosi. To byli ci, z lewego stołu. Modelka, Mulat, piegusek, ten z oczojebnymi tęczówkami i emo…cjonalnie chyba w to wszystko zaangażowana nastolatka z ciemnymi włosami. Nie no, przysięgam- na jej twarzy było widać uczucia!
A dokładniej jedno- obojętność pod tytułem „Mam to wszystko w dupie, przedstawcie mnie i idę spać”. Chyba ją rozumiałam.
- Sędziów, podobnie jak drużyn i ich przywódców, będzie pięciu – oznajmił chłopak, kiedy drużynowi klapnęli na cztery litery.  – Thomas – widziałam, jak syn Tanatosa na chwilę wstał, a żeńska część publiczności zapiszczała. – Nicolas – mój przyjaciel lekko się uniósł, natomiast wszystkie zebrane babska drugi raz zaczęły się ekscytować (psh, kretynki, i tak wam nie pozwolę się do niego zbliżyć). – Sabina – o właśnie, wiedziałam, że coś na „S”! Kiedy dziewczyna nieśmiało wstała, dało się słyszeć odważne krzyki oraz gwizdanie – oraz Chejron i Pan D. – Cóż… chyba nie muszę mówić, że tutaj entuzjazm półbogów nieco się ostudził?
Zerknęłam na sędziów z brakiem zainteresowania.
- Mamy kilka drużyn. Pierwsza, której dowodzi Olivia, składa się z domków Afrodyty Posejdona i Dionizosa. Johnes, czyli drużyna druga, jest złożona z dzieci Hefajstosa, Tanatosa i dzieci Hadesa. Trzeci zespół, czyli Simona, to domki Ateny i Hekate. Timny dowodzi rodzeństwu od Apolla i Hermesa, zaś Jenny dzieciom Demeter, Zeusa i dzieciom Aresa. Każdy zespół ma pięć osób, które teraz zostaną wylosowane.
O, super, jakieś losy. Ale fajnie. Emocje jak na wędkowaniu, przynajmniej na tej części, jak się bezuczuciowo, acz z zaangażowaniem czeka na pierwsze złapanie haczyka.
- Każdy przywódca losuje po jednej osobie w turze. Potem powtarzamy to trzy razy, aż drużyna będzie kompletna. Olivia, czyń honory. – Dziewczyna z gracją zsunęła się z krzesła i podeszła do pul, które dopiero teraz zauważyłam, oczywiście z wdziękiem kołysząc się na swoich długich nogach, jak przystało na kogoś, kto wyglądał jak modelka, zachowywał jak modelka i prawdopodobnie zostanie kiedyś modelką. Było równo trzynaście, podpisanych imieniem boskiego rodzica, przezroczystych kul, wypełnionych karteczkami. Nie zawsze- z tego, co widziałam, w puli Zeusa była tylko jedna.
Dziewczyna doszła do celu (kurde, a już miałam taką nadzieję, że się wyglebi, może stałoby się coś ciekawego, co mogłabym porównać do złapania haczyka) i zanurzyła rękę w kawałki papieru, na których były zapisane dzieci Afrodyty. Zapewne była córką bogini piękności, skoro traktowała te losy jako pierwsze. Wynurzyła jedną karteczkę, rozwinęła ją
i odczytała stanowczym głosem:
- Ines, córka Afrodyty. 
Ines. Słyszałam imię jakiegoś Arthura. Simon wylosował Gabrielle i Camerona, którzy byli chyba jego jedynym rodzeństwem, bo w puli Ateny nic później nie zostało po karteczkach do losowania. Po tym filmik mi się chyba urwał. Jak już oprzytomniałam, słyszałam też o jakiejś Lilianie, której od razu pozazdrościłam imienia, bo było piękne. W każdym razie lepsze niż taka Esmeralda. Charles, które na początku zrozumiałam jako „ciasto” i już się miałam cieszyć, że darmowa wyżerka. Generalnie dużo imion, ale nie usłyszałam żadnego mi znajomego.
W efekcie mieliśmy pięć pełnych drużyn z pięcioma zawodnikami.
Trochę mi szyja zdrętwiała, bo w trakcie tak jakby ciut się kimnęłam, opierając się o ramię jakiegoś chłopaka, siedzącego obok. Nie przejął się tym zbytnio (nawet chciał mi się przedstawić, jak się obudziłam, ale ze słodkim uśmiechem mu pomachałam i wróciłam do oglądania jakże fascynującego posiedzenia).
- To durne – mruknęłam do Vicky.
- Tak. Pokazałaś to chyba już przez zaśnięcie w samym środku wyczytywania.
- Możliwe.
- Zawodnicy w drużynach będą wypisani na kartkach w swoim zespole, które powiesimy na ścianie Wielkiego Domu – wyjaśnił ten sam blond włosy chłopak (tak! Ten z ponętnym przedzia… wiem, już mnie za to chyba znienawidziliście, ale to po prostu niezwykle pociągający, seksowny… dobra, zamykam się już), odzyskując prawo do mówienia. - Oprócz tego, Turniej będzie trwał kilkanaście dni, z trzydniowymi przerwami. Oczywiście, do niego nie dopuszczamy nieuznanych i nowych. Uczestniczą w tym tylko doświadczeni.
Chłopak z satysfakcją uśmiechnął się do swoich notatek, przewracając jedną z kartek. Połowa zebranych już dawno posnęła, druga jakoś się jeszcze trzymała. Cudem, ale jednak.
Niestety, ale Victoria, dotychczas siedząca koło mnie i już, już zasypiająca, stała wyprostowana  z pewnym siebie uśmieszkiem.
- A czemu w tym biorą udział tylko ci wyszkoleni? – spytała Vicky, unosząc brwi. Syknęłam cicho i próbowałam ją pociągnąć z powrotem na dół, ale nie dała się.

Oj, czemu miałam tak silne przeczucie, że to wszystko się cholernie źle skończy? 
- A czemu nie? Jest to niebezpieczny turniej, potrzeba doświadczenia. W walce na miecze, w strzelaniu, pływaniu. Będą różne groźne potwory, pułapki, ogólnie wszystko będzie najeżone  szaleństwem i ryzykiem. – W głosie gościa dało się słyszeć wielką dozę pewności siebie.
Przyjrzałam się mu. Naprawdę nie spodziewałabym się po nim, że mógłby odpuścić, patrząc na jego wyprostowaną postawę i dumnie zadartą głowę. Tyle, że to samo mogłam powiedzieć o Vicky.
- No dobrze, ale to jest już dyskryminacja – stwierdziła dziewczyna z uśmieszkiem. Widać było, że coraz bardziej jest zdenerwowana tą dyskusją- źrenice miała lekko powiększone, a usta lekko zaciskała w wąską linię. - Wiesz, ci słabsi i nowi obozowicze są poszkodowani.

- Nie moja wina, że nie umieją walczyć albo że tak późno odkryli swoją herosową stronę – rzucił chłopak z irytacją. W tamtej chwili nawet mnie wkurzył. Psh, wyleciałabym tam i mu pokazała, jak nie umiem walczyć (chociaż naprawdę nie umiem walczyć), ale żal by mi było Nicolasa. Biedak by dostał zawału serca. - Skończyłaś już? Mogę kontynuować.
- No, niekoniecznie… - powiedziała smutno Vicky. Nie do końca było jej żal- to było raczej coś w stylu „no, jaka szkoda, że zepsułeś sobie auto i nie można go naprawić, tak strasznie mi cię szkoda…”. Tak zwana teatralna tragedia. - Bo wiesz, to nie jest w porządku. Faworyzacja, dyskryminacja, podział na klasy społeczne… kochany, nie wiem czy wiesz, ale cofasz się kilka wieków w tył. – Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem
- Kochana, nie wiem czy wiesz, ale miałem historię w szkole.
No, ja też. Niestety.
Vicky uniosła zdumiona brwi, przekrzywiając głowę.
- Tak? A nie wyglądasz. – Wzruszyła ramionami. - No cóż, ja też nie wyglądam na geniusza, a sam widzisz… - przerwała, kiedy wszyscy zebrani herosi wybuchli śmiechem. Dziewczyna słysząc to, posłała blondynowi szeroki uśmiech i pełne jadu spojrzenie.

Oho. Wkurw, poziom: początkowy.
Teraz czekać, aż zacznie zionąć ogniem.
- Kim ty tak właściwie jesteś?! – warknął, mrużąc groźnie oczy.
- Victoria Rowllens, zapamiętaj, bo jeszcze usłyszysz, kochanie –powiedziała ze spokojem, jakby informowała go, jaka jest pogoda. Uniosłam dwa palce do ust i zagwizdałam, dumna z pocisku mojej nowej koleżanki. Po chwili dołączyło się do mnie parę osób.

Chłopak lekko się zaczerwienił, co było dość widać na jego bladej skórze, po czym odwrócił się do Chejrona.
- Możecie jej coś powiedzieć? – spytał. - Zabrać? Uciszyć? Zabić
- Nie, niech mówi – rzucił Pan D., popijając dietetyczną colę. - Przynajmniej nie jest to kolejny nudny wieczorek, coś się dzieje. – A jaki odważny, a w pokera to przegrywał...
Vicky rozpromieniła się i uniosła swoje kciuki w górę, pokazując je bogowi. Reszcie widowni najwyraźniej ta odpowiedź też się spodobała, bo wszyscy jak jeden mąż zawiwatowali.

- No dziękuję! – zawołała, szczerząc się do niego. - A jednak nie jest pan takim fra…to znaczy jest pan taki fajny człowiek, na jakiego pan wygląda! – Jej ton był zdecydowanie przesłodzony. Traktowała Pana D. jak ostatnią ofiarę losu, poniekąd z lekką wyższością.
Rozległy się pojedyncze śmiechy, kiedy odwróciłam się do publiczności, jedną rękę przytknęłam do policzka, a drugą wskazałam kciukiem na Vicky i boga wina, mówiąc bezgłośnie „To musi być miłość”, następnie pokazując serduszko utworzone z dłoni.
- A wracając do sprawy, to uważam, że to jest nie sprawiedliwe. Odcinacie tą „gorszą” klasę społeczną i zapewniacie rozrywkę tym rzekomo lepszym – kontynuowała dziewczyna.

Thomas, siedzący w gronie jako jeden z sędziów (siedział obok Nicka, co mnie nieco rozśmieszyło- nie na co dzień spotyka się dwóch równie znudzonych gości obok siebie), rzucił z cynicznym uśmieszkiem:
- Czemu „rzekomo”, Rowllens?
- Bo na liście zamieszanych w to było twoje nazwisko. - Oznajmiła z miną, jakby właśnie znalazła poważny błąd w jakimś planie i martwiła się, jak to się mogło stać. Przewróciłam oczami. Chyba już nie mogła się pohamować i koniecznie musiała mu „pocisnąć” na oczach całego obozu. Do tego w jej głosie brzmiała obojętność, a ton był zbywający.

- Laska, czy ty wiesz, co ty gadasz? – spytał Vicky ten chłopak, który tłumaczył zasady. Powstrzymałam się od westchnienia, jedynie ograniczyłam się do  wzniesienia oczu ku niebu. Gość, jako że siedziałam obok kłócącej się z nim dziewczyny, spojrzał na mnie z gniewem. Usilnie próbowałam nie pokazać mu języka
- Tak – powiedziała Victoria z dużą dozą pewności siebie. - I uważam, że losowanie drużyn z wybranych herosów, to cios poniżej pasa. Każdy, kto chce powinien wziąć w tym udział.
- A co ty o tym wiesz? – wycedził, rzucając jej wściekłe spojrzenie.
- Nic, ale i tak utrzymuję tą inteligencką konwersacje, nie uważasz, że to już coś?- uśmiechnęła się promiennie, przechylając głowę na bok.
- Ty udajesz, czy serio aż tak cię to wkurzyło, że będziesz wygłaszać tutaj te kazania?

- Jestem w stu procentach szczera, tylko bawię się w świętą i bronię słabszych oraz uciśnionych – skwitowała to z politowaniem, w dodatku ironicznie. Z paru stron rozległy się gwizdy. - A poza tym, znudziło mi się słuchanie ciebie. Jeżeli chcesz zrobić karierę animatora, musisz pamiętać o używaniu emocji w swoich wypowiedzi.
- Jesteś denerwująca. Możesz usiąść i dać mi kontynuować? - Chłopak próbował być sarkastyczny, ale mu nie wyszło. Zrobiłam chytry uśmieszek i z satysfakcją głośno zabuczałam. Już po pół sekundzie dołączyli się do mnie inni herosi, okazując dezaprobatę i pokazując kciuki skierowane w dół.
- A ty taki uparty… No przecież mówię- nie usiądę, aż nie zrobicie z tego teatrzyku gry dla każdego.
- Ach tak?
- No, wreszcie jakaś nić porozumienia – westchnęła teatralnie Vicky, wywracając oczami.
- To może sama weźmiesz w tym udział, co? Jesteś nowa, pewnie też nie wyszkolona – rzucił chłopak z chytrym uśmieszkiem. - I jeżeli dasz sobie radę i nie zepsujesz niczego, plus oczywiście przeżyjesz, to następny turniej będzie otwarty dla wszystkich.

Widziałam, jak źrenice Vicky się rozszerzają jeszcze bardziej. Jej twarz wyrażała obojętność, ale dokładnie widziałam, jak analizuje każdą możliwość. Jeśli zgłosi swój udział, nie będzie wyjścia i musi dotrwać do końca. A jeśli nie, to stałoby się tak, jakby się sama upokorzyła przed całym obozem. Zresztą… dzięki temu, co widziałam, dzięki emocjom na jej twarzy, rozszyfrowałam ją. Była zbyt dumna, żeby odmówić.
- I co, będę sama jedna brała udział w tym turnieju jako słabsza, a jak się sprawdzę to następnym razem włączycie w to wszystkich chętnych?
- Tak. – Chłopak wydawał się zadowolony, że ją… „zgasił”. - Nie musisz powtarzać. Ale musisz sobie znaleźć kogoś z takim poziomem jak ty i we dwoje was włączymy do drużyny.
Z miejsca sędziego odezwał się Thomas:
- Milos, nie uważam, że to dobry pomysł.
Widziałam, że Vicky właśnie podjęła decyzję. Uśmiechnęła się, podwójnie zmotywowana.

- A ja uważam, że doskonały – stwierdziła z zadowoleniem wymalowanym na twarzy. - Proszę bardzo, wezmę w tym udział, bardzo chętnie! – Odwróciła się i wyszukała mnie wzrokiem. Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech i kiedy zaczęłam się zastanawiać, co jej strzeliło do tego walniętego łba, chwyciła mój nadgarstek i uniosła go do góry. - Patrzcie, mamy nawet drugą ochotniczkę!
O ja pierdzielę.



Panie i panowie - Esmeralda jako delfin!

Co nowego w rozdziale?
Nicolas razem z Es uciekł z bombardowanej Jadalni. Podczas przechadzki bierze ich na wspomnienia. Docierają do Wielkiego Domu, gdzie Dionizos gra partyjkę pokera. Pojawia się nowa postać, Sabina, która rozkłada Pana D. na łopatki. Po chwili z budynku wychodzi Chejron, robiący piorunujące wrażenie na Es. Chejron jest potem obecny na wielkim losowaniu drużyn turniejowych. Podczas, gdy bóg seksu, potocznie zwany Milosem, przedstawia zasady Turnieju, wyrywa się Vicky, twierdząc, że jest dyskryminowana. Oboje ustalają, że bardziej niedoświadczeni herosi mogą brać udział w Turnieju, jeśli Victoria razem z jeszcze jednym nieuznanym dołączą do jednej z drużyn. Dziewczyna wciąga Esmeral w Turniej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz