poniedziałek, 21 marca 2016

Fielga Trujdza (2) cz.2

Mordeczki!
Przepraszam, że dopiero dziś. Ale nie miałam komputera, a wszystkim zajmuje się Pipes, zaś ja nie miałam jak jej pomóc, bo cały weekend siedziałam do północy na festiwalu filmowym- uroki szefostwa :)
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba ;)
Ann

W całej szkole wył alarm.
Wył, wył, wył i wył, a ja chciałam wyć razem z nim, byleby się wyłączył. Pozwolił odpocząć, przestać umierać ze stresu i może opadłaby ta histeryczno-dramatyczna atmosfera, w której traci się z emocji głowę.
A poza tym, od kiedy w szkołach jest alarm, a nie konkretna długość i ilość dzwonka?
Wszędzie było pełno dymu, a z sufitu co jakiś czas sypał się tynk. Zaczęłam kasłać, jednak w końcu udało mi się ponieść z ziemi. Na szczęście zdążyłam uciec wystarczająco daleko, bo kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że paręnaście metrów dalej, z korytarza nie zostało dużo więcej niż wielka sterta zwalonego w jedno miejsce gruzu.
Wszystko wyglądało jak sceneria z filmów. Kawałki ścian, jakieś pręty, cegły, biały pył i dym w powietrzu. Brakowało syren radiowozu i strażaków. Zamiast nich byłam ja, leżąca jak długa na ziemi. Nie miałam w tamtej chwili głowy ani siły, żeby się podnieść. Racjonalne myślenie znikło, pojawiło się nerwowe łomotanie serca w uszach i panika.

Wybuch, a przynajmniej tak mi się wydaje, że coś za mną eksplodowało, odrzucił mnie chyba z metr do przodu. Boleśnie wywaliłam się na brzuch. Dzięki bogu długi czarny sweter odwinął się tak, że rękawy się odsunęły i uratowały moje dłonie przed otarciem się o całą posadzkę. Pełną szkła z okien i gablot, gruzu i innych odłamków. Niestety kolana nie miały takiego szczęścia, już widziałam te czerwone otarcia na nogach.
Jednak, mimo okropnego bólu w krzyżu, udało mi się wstać, przytrzymując się ściany. Nogi mi się trzęsły, a mózg nie do końca  przyswajał informacje, że wysadziłam pół szkoły. Dodatkowo, sądząc po zapachu, spowodowałam też pożar. 
No tak, cholera cudownie! Wybuch to za mało - jeszcze niech cała szkoła spłonie, a co tam! Czy to nie za mało, tylko wysadzenie szkoły? Boże, co ja zrobiłam! Wysadziłam szkołę! I jeszcze płonie, bo wszędzie pełno szczypiącego w oczy i dławiącego dymu. Boże, a jak wyjdę stąd i się dowiedzą, że to ja i…?
Byłam, delikatnie mówiąc, cholernie przerażona. Mogłabym spokojnie zaliczyć to do jednego z większych kataklizmów jakie spowodowałam w swoim krótkim, szesnastoletnim życiu.
Przeklęłam na głos, ale ruszyłam powoli korytarzem, cały czas trzymając się blisko ściany. Zbiegłam ze schodów, a właściwie to się z nich stoczyłam, lekko utykając i dopadłam wyjścia ewakuacyjnego, które znajdowało się na zapleczu przy kanciapie przeznaczonej dla sprzątaczek. Z całym impetem spadłam ze schodów na te drzwi, a kiedy stanęłam na nogach, wcisnęłam klamkę.
- Cholera!- wrzasnęłam, zaciekle szarpiąc klamkę.
Oczywiście co się stało? Drzwi były zamknięte! Jaki to ma sens? Kto, ewakuując się, będzie biegał po palącej się szkole, szukając kluczyków do drzwi? Tak, zajebisty pomysł! Bo niby po co zostawić je otwarte?
- Co. Za. Debilizm!- krzyczałam raz po raz, kopiąc w wyjście.
Oczywiście ani drgnęły, natomiast mnie bolała stopa, a dym na holu zrobił się tak gesty, że zaczęłam kasłać i czułam tak, jakbym zaraz miała wypluć płuca... . Nerwowo przeczesałam ręką włosy, odgarniając je z oczu i szukając w pamięci innej drogi ucieczki z tego piekielnego zakładu dla dzieci z nadmierną ilością kasy albo mózgu. Nic, co mogłoby być w pobliżu nie przyszło mi do głowy, a najbliższym znanym mi wyjściem było wejście główne… Pół szkoły dalej!
Cholera, czy może być gorzej? No na ogół w tym momencie dzieje się coś, że owszem- robi się potworniej, wytknęłam sobie w myślach. Nie chcę gorzej, chcę stąd wyjść.
Zaniosłam się potwornym kaszlem od gęstości dymu w powietrzu. Automatycznie pomyślałam o tym, że ogień mógł strawić już całą szkołę- płomienie łatwo opanowałyby ten budynek, ale zapewne wszyscy mogą... O kurde, co jeśli nie wszyscy zdążyli uciec?!
Ta myśl wbiła mnie w ziemię i na chwilę skamieniałam. Pierwszy raz w życiu mogłam jawnie sama przed sobą przyznać, że przesadziłam i to, co zrobiłam było powyżej miana „okropnego”. Przerażona odsunęłam od siebie wizję nazwisk, które ktoś podsunie mi na kartce i oznajmi, że tyle osób nie wydostało się z budynku. Oczywiście, jeżeli ja sama znajdę ucieczkę z tego miejsca. Miałam ochotę usiąść i się rozpłakać, ale nie ze strachu, z przypływu tylu emocji. Co miałam robić, jak się wydostać? Gdzie strażacy, którzy powinni mnie uratować i wynieść na rękach z płomieni? Ale potem co? Będę stać i czekać, żeby się przekonać, czy wszyscy…żyją?
Boże, wysadziłam szkołę. Wysadziłam budynek pełen ludzi, a do tego teraz jeszcze się pali.
Jasne, byłam ,,złą dziewczynką”. Kochany Papa Dyro i ja, spędzaliśmy tyle czasu razem, że mogłam go nazwać swoim dobrym kolegą; nasze codzienne pogawędki były dla mnie nieodłączną częścią dnia, lecz... Nigdy nikomu nie chciałam zrobić żadnej krzywdy!
Niespodziewanie, w moich oczach pojawiły się łzy. Bardziej z przerażenia i bezsilności. Oraz faktu, że dopuszczam do siebie takie emocje. Usta zaczęły układać się w gorzki grymas i chyba wybuchłabym płaczem, gdybym nie dostała ataku krztuszącego kaszlu (i bardzo dobrze, nie mogłam się przecież rozryczeć). Kiedy się skończył, prawie nie leżałam na ziemi, a dym stawał się coraz gorszy. Na dodatek temperatura gwałtownie rosła, włosy przyklejały mi się do twarzy i karku. Serce waliło jak oszalałe chyba przede wszystkim na myśl o konsekwencjach. Byłam tym może nawet trochę zdziwiona, bo nigdy nie przejmowałam się tak błahą sprawą, jak „kara za złe uczynki”. Jednak tym razem musiałam przyznać, że poziom szkód i ogrom mojego występku był absurdalnie wysoki.
Zakryłam rękawem długiego swetra nos i usta, żeby się nie zadusić tym smrodem. Warknęłam i rozbita emocjonalnie, ze względu na resztę uczniów i na to, że jakiś kretyn zamknął drzwi ewakuacyjne, ruszyłam w stronę głównego wyjścia, nadal się krztusząc.
Nie pamiętam kiedy mi się udało dotrzeć do grupy uczniów, wychodzącej ze szkoły. Jacyś się znaleźli, dobiegłam do niech i tępo dałam się wyprowadzić z tego gruzowiska. Dzięki Bogu żaden nastolatek nie wyglądał na rannego, ba!, wszyscy byli czyści i wyglądali na bezpiecznych.
Na zewnątrz słońce świeciło mocno, a cały plac uczniów wręcz krzyczał do mnie. Pamiętam, że ktoś się mnie zapytał, dlaczego tak wyglądam, a ja coś mruknęłam. Chwilę potem siedziałam na schodach przed szkołą, kurczowo trzymając paski od mojego skórzanego plecaka i tępo patrząc na ludzi przede mną. Wszyscy gadali, nikt nie był spanikowany. Nauczyciele tylko coś wydawali się zbyt żywi i ruchliwi, krzątali się i liczyli klasy. Cholera, marzyłam o czymś, co przewinie czas. Jak nie w tył, to w przód. Żeby to już się skończyło. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Z tej też musiałoby, ale czekanie na dalsze wydarzenia doprowadzało moje myśli do zadyszki.
Tak, wiedziałam że mam problemy. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jeżeli nie zdarzy się cud, trafię do poprawczaka, a w najlepszym przypadku dostanę kuratora. Naturalnie też dlatego byłam wystraszona, kiedy podszedł do mnie policjant i na oczach prawie całej szkoły poprowadził mnie do radiowozu. Jednak to nie sprawiło, że spanikowałam i zaczęłam histeryzować. Bez zbędnego wykłócania się, przyznałam, że jestem Victoria Rowllens i z tylko jednym wymuszonym cynicznym uśmiechem, dałam poprowadzić się do radiowozu.
- A-Ale dlaczego akurat mnie chce pan zabrać?- zapytałam, bo wiedziałam, że jestem w takim położeniu, że wykręty i wykłócanie było by po prostu śmieszne.
- Pan Nicerbutty zeznał, że nie było panienki w klasie, ale byłaś na korytarzu. Poza tym, zebraliśmy już materiał ze szkolnych kamer. Proszę na razie się nie martwić, Zabieramy cię na razie tylko na komisariat, bo gdybyś faktycznie miała coś wspólnego z tym wybuchem, powinnaś nam wszystko powiedzieć.
Pokiwałam tylko głową i dałam się wsadzić do samochodu. Policjant zatrzasnął drzwi, więc w sumie z ulgą mogłam zapaść się w tylne siedzenie. Kiedy radiowóz ruszył ze szkolnego boiska i omal nie potrącił jakieś brunetki, która odskoczyła na bok, prawie nie upuszczając jabłka, które ze spokojem jadła, marzyłam tylko, żeby być na jej miejscu i móc patrzeć z obojętnością na palącą się szkołę.
Na komisariacie wydawało mi się okropnie. Wszyscy ludzie, którzy tam stali, patrzyli na mnie oskarżycielsko, jakby już wiedzieli, że to moja wina. (To nie ja! Jaki idiota umieszcza bombę w szkole?! Ale, wiadomo, szybciej uwierzą gadającemu krasnoludkowi niż dziewczynie, która sprawiała kłopoty). Nie mogłam też nigdzie znaleźć bufetu. A byłam głodna. Śniadania nie wzięłam z domu, a ciastko oddałam geografowi. Nie widziałam również żadnych krzeseł i nie miałam gdzie usiąść.
Oprócz tego usłyszałam zarzuty i obejrzałam nagranie, jak przestawiałam zegar. Że też ta kamera się nie wysadziła... To się nazywał fart.
Jedyne co mi się udało, to wymusić na jakimś młoksie w garniaku, żeby pozwolił mi iść do łazienki. Chłopak musiał być tu nowy, bo nie wyglądał jak policjant. Miał zupełnie niepasujący do policjanta czarny garnitur i za długie czarne włosy. Ale przynajmniej zaprowadził mnie do łazienki. Rzuciłam mu przymilne spojrzenie, a potem zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam zamek.
Zrobiło się pusto. Z westchnieniem puściłam plecak i bezwiednie osunęłam się po drzwiach na zimną posadzkę. Jeden głęboki wdech, cisza wokół i choć na parę sekund udało mi się uspokoić. Wdech, wydech, wdech- liczyłam sobie w myślach, a kiedy chciałam ogarnąć włosy w tył poczułam, że ręka mi się trzęsie. Nadal byłam spanikowana.
Podniosłam się z ziemi. Kiedy spojrzałam w lustro byłam wdzięczna instynktowi, że tu przyszłam. Z takim wyglądem to nawet sama bym uznała, że jestem winna wysadzenia szkoły. Odkręciwszy wodę zaczęłam zmywać czarne plamy i kreski z twarzy i ramion. Zasłoniły mi prawie całe piegi na szpiczastym nosie. Kiedy patrzyłam się w lustro, pocierając policzek mokrą ręką i zmywając sadzę, byłam pod wrażeniem. Patrzyłam się na siebie, widziałam, że to ja. Ale wyglądałam dziwnie obco. Niby te same oczy, wąskie usta, zadarty nos i wąski podbródek, a jednak czułam się nieswojo we własnym towarzystwie. Potargane i pozlepiane kosmyki włosów poprzyklejały mi się do mokrej i lekko spuchniętej twarzy, usta miałam sine, a oczy zaczerwienione. Kiedy spróbowałam się uśmiechnąć do swojego odbicia, zobaczyłam najbardziej niezdarny grymas świata. Mruknęłam pod nosem z irytacją i zebrałam sztywne od popiołu włosy w niezdarnego wysokiego koka. Połowa kosmyków od razu z niego wyleciała, większość przykleiły mi się do twarzy. Odgarnęłam je leniwie w bok.
Ale twarz to nic, moje ubranie zdawało się nadal dymić. Na tle małej metalowej łazienki z jasnymi kafelkami, wyglądałam jak dymiąca się kukła. Ramiona i dekolt miałam osmoloną, wpływająca z twarzy woda wymyła mi na szyi jaśniejsze kreski. Nie przestając ścierać z siebie brudu, zauważyłam, że moje łokcie były całe zdarte, sweter na rękawach porwany, a na środku białej bluzki musiało odcisnąć się coś spalonego. Przy każdym ruchu na sterylną posadzkę sypał się ze mnie popiół i jakiś proszek.
- Straszysz- rzuciłam swojemu odbiciu. Victoria w lustrze łypnęła na mnie z urazą.- Wiem, trzeba iść.
Wytarłam się papierowymi ręcznikami. Niewiele to dało, nadal miałam szare ramiona i ręce, ale przynajmniej twarz i szyję udało mi się doprowadzić do w miarę normalnej postaci. Mokrym papierem dotknęłam swojego kolana, ale kiedy zabolało, uznałam, że nogi ogarnę potem.
Podniosłam z ziemi plecak i z nonszalancką gracją otworzyłam drzwi łazienki. Omal przy tym nie zabijając kolesia w garniturze, który gadał przez telefon.
- Nie, Nicolas nie mógł, coś mu wypadł…Chryste!- spojrzał się na mnie z wyrzutem, gdy (niechcący) zdzieliłam go drzwiami. Ale nic nie powiedział, tylko znowu przytknął telefon do ucha.- Zapytaj się czy to na pewno ona. Nie chcę zabrać złej osoby. Czekam na telefon.
Wywróciłam oczyma. Jakoś irytowało mnie, że ludzie mają inne sprawy w tym momencie, niż ja. No cholera, to ja mam teraz okropne problemy, mną się trzeba zająć.
Zaprowadzono mnie do małej sali, z lustrem po prawej stronie. Mogłam się założyć, że było to zwierciadło weneckie. Ten chłopak gdzieś zniknął, a ja nagle pożałowałam, że go nie ma. Wyglądał na młodego, a teraz otaczały mnie same osoby powyżej pięćdziesiątki. Kazali mi usiąść i czekać na kogoś, kto do mnie przyjdzie i mnie ‘przesłucha’. Starałam się wyglądać na znudzoną tym wszystkim, jakby to mnie nie ruszało. Choć wiedziałam, że winy nie uniknę, to zawsze mogłam liczyć na cud.
W końcu przyszedł jakiś glina i coś do mnie mówił. Kiwałam głową, myśląc o czymś zupełnie innym.
Bałam się i to bardzo. Owszem, wielokrotnie zdarzało mi się porządnie podpaść tak, że byłam pewna rychłego kataklizmu w moim życiu, jednak nigdy nie odpowiadałam za swoje czyny przed organami państwowymi! I im dłużej tam siedziałam, tym bardziej przerażała mnie myśl, że moja mama się w końcu się dowie o moich poczynaniach.
Właśnie, moja mama już tu jedzie? Ktoś jej powiedział? Pewnie się dowiedziała o wybuchu, wie o ewakuacji szkoły, a ode mnie nie doznała żadnego znaku życia! Cholera, dlaczego akurat dziś musiałam nie naładować telefonu…?  Jak mam być szczera, to gdyby nie widmo mamy, wiszące nade mną i czekające na chwilę konfrontacji, ani myśl o reszcie szkolnych kolegów, nie byłabym taka spanikowana.
Choć i tak przepraszać nie będę, pomyślałam sobie, kiedy tu przyjeżdżałam i nadal tego się trzymałam. To nie moja wina- gdyby nie jakiś chory pomysł z bombą, którą może aktywować każdy, to do niczego by nie doszło. Gorzej, jeśli coś komuś jest... Wtedy mogę przeprosić, ale tylko tę osobę. A zresztą, co będę przepraszała za kogoś innego…!
Komisarz, który mnie przesłuchiwał, wyłączył pilotem film w momencie, kiedy bardzo niezgrabnie zachwiałam się do tyłu na ławce i upadłam na ziemię przed zegarem. Jakaś cześć mojego umysłu skrzywiła się, że mógł zatrzymać obraz kiedy wyglądam jak człowiek, a nie jak jakiś wygibas spadający z ławki z komicznym wyrazem twarzy… Odłożył pilot na biurko i splótł pace przed sobą. Czekał, aż coś powiem.
- To jest moment, kiedy mam zaprzeczać, że to nie ja i jestem niewinna?- zapytałam cicho, marszcząc brwi.
- Mniej więcej- odparł.- To nie są żarty, panno Rowllens.
Machnęłam ręką i się skrzywiłam.
- Po co tak poważnie. Victoria, miło mi- dodałam promiennie. A to niemiły facet, ja mu się przedstawiłam, a on tylko wzdycha i schyla się po coś do biurka… Jednak to nie były już żarty. Naprawdę miałam kłopoty.
- Dziecko- jęknął, a ja ze zdumieniem wychwyciłam w jego głosie współczucie.- Wiesz, że to mogło zabić setki osób? Twoja szkoła jest szkołą ogromną! To co zrobiłaś, spowodowało wystarczająco dużo zamieszania i zniszczenia, żeby, gdy tylko ukończysz osiemnaście lat, wysłać cię do więzienia. Chcesz sobie zmarnować życie, a później żałować, że nie umiałaś zachować się poważniej i tylko drwiłaś sobie z tej sytuacji?
Na chwilę coś we mnie drgnęło. Zdawałam sobie sprawę z tego, że mogłam kogoś skrzywdzić, ale to zupełnie inaczej, gdy słyszysz to w swojej głowie, a kiedy od umundurowanego człowieka. Mimo to, po chwili udało mi się przyjąć w miarę spokojną maskę. Widziałam swoje odbicie w lustrze obok; wysoką brunetkę z obojętnym wyrazem twarzy. Nic bardziej mylnego- ja w środku, czułam się jakbym była z porcelany. I właśnie ktoś całą mnie rozbił na miliard małych kawałeczków.
- Czy wszyscy są cali?- spytałam po chwili. Tylko to chciałam wiedzieć, choć bałam się odpowiedzi.- Ten wybuch, potem pożar.? Czy komuś coś się stało?
- Nie.- Słowo, którego nigdy nie lubiłam, a nagle przyniosło mi niezmierną ulgę. Jakbym reszcie rozsznurowała za ciasny gorset i na nowo mogłam oddychać.
Czas na powrót przyspieszył - ja z czystszym sumieniem mogłam w miarę udawać, że miałam do tej sytuacji bardzo zdystansowany stosunek. Nie mogłam ukazać, jak bardzo czułam się winna, bo wtedy uznają, że to ja wszystko zaplanowałam.
Poza tym…Boże drogi, nikomu nic się nie stało! To było… Jakbym nagle pozbyła się znacznej odpowiedzialności; od razu zrobiło mi się lżej. Znacie to uczucie, kiedy czekacie na ochrzan, albo jak wasze brudne sprawki wyjdę na jaw. A potem okazuje się, że tylko wam się wydawało, że czeka was kara, szlaban, upokorzenie, bo tak naprawdę to nie było aż takie złe. Uczucie dodające skrzydła.
- Pięcioro dzieci znajduje się pod opieką lekarzy, jeden uczeń trafił do szpitala. Czy chcesz coś dodać? Wiesz, o co jesteś oskarżona przynajmniej?
- Tak, jasne, że wiem. O pojawienie się w niefortunnym miejscu o nieprzychylnej mi godzinie- stwierdziłam sceptycznie wykrzywiając wargi i odchylając się na krześle do tyłu.- Proszę spojrzeć jaki szary humor: żartować o godzinach, kiedy to przez zegar moja szkoła została unicestwiona. I do tego to ja jestem oskarżona o nie moją głupotę. Perfidne zagranie, jakby temu się lepiej przyjrzeć- podsumowałam z hukiem opuszczając przednie nogi krzesła, na którym do tej pory się bujałam i opierając łokcie o biurko.
Komisarz, który był bardzo surowo wyglądającym mężczyzną po pięćdziesiątce, popatrzył się na mnie małymi oczkami, otoczonymi lasem zmarszczek. Gruby i łysy, ale mimo to, nie miałam powodu rzucania jakichkolwiek uwag dotyczących jego osoby- nie w takich okolicznościach, oczywiście.
- Panno Rowllens, to nie jest kwestia pojawienia się w złym miejscu o złej porze- skarcił mnie, a ja powstrzymałam się od wywrócenia oczyma.- Przestawiłaś automat, ukryty w zegarze od pokoleń. Czy w regulaminie twojej szkoły nie ma wzmianki o tym, że zegara dotyka tylko woźny?
- No jest- przyznałam mu rację.- Ale zawsze myślałam, że to dlatego, że dzwonki dostosowują się do godziny. A nie dlatego, że jakiś imbecyl umieścił wewnątrz bombę- podsumowałam patrząc się na komisarza jak na kretyna.- Słyszy pan? Ja naprawdę nie wiedziałam. Zegar ustawia dzwonki, więc myślałam, że to dlatego mam nie dotykać.
Nie miałam racji? No miałam. Przecież nie przyleciała żadna dobra wróżka, ani nie pojawiło mi się sumienie na ramieniu, że „Nie, kochana Vicky, tego nie ruszaj, bo to bardzo, bardzo złe i niebezpieczne”. Nie wiedziałam, że dotykając wskazówki zegarowej unicestwię pół szkoły, stwierdziłam z wyraźnym politowaniem, skutecznie uciszając sumienie, które znowu chciało dostać się do głosu.
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znajdujesz? Że to może zaważyć na całe twoje życie?
Czy zdawałam sobie sprawę? Jak najbardziej.
- Rozumiem- potaknęłam, uśmiechając się chłodno i wyniośle.- Choć oskarżanie mnie o to, że jakiś imbe… ktoś, umieścił bombę w miejscu pełnym dojrzewających nastolatków, którym buzują hormony i mają głupie pomysły to szczyt wszystkiego. Jeszcze chwila, a w szpitalach geriatrycznych zaczną wybuchać bomby, kiedy ktoś za szybko wciśnie spłuczkę.
Zdumiałam się, jak bardzo spokojnie i beznamiętnie brzmiałam. Jednocześnie to sprawiło, że poczułam się pewniej; tak brzmi ktoś, kto jest pewny tego co mówi. I bardzo dobrze. Nie miałam zamiaru dać się oskarżać i być kozłem ofiarnym, który pokutuje za czyjąś głupotę. Albo przynajmniej ten argument był bardzo wygodny i miałam zamiar się jego trzymać. Do czasu, aż znajdę lepszy, dodałam w myślach.
Mężczyzna wyjął ze swojej czarnej teczki jakiś segregator i otworzył go. Chwilę grzebał, aż odczepił tę koszulkę z dokumentami, której szukał, a ja dostrzegłam swoje zdjęcie doczepione to pliku papierów. O nie, to było zdjęcie paszportowe. No i cholera teraz nie miałam szans na poważne rozpatrzenie mojej sprawy- każdy kto ujrzy tą fotę umrze ze śmiechu i co najwyżej dopiszą mi trupa na liście moich zbrodni.
- O czym teraz myślisz, panno Rowllens?- zapytał lekko zblazowany, przyglądając mi się z powagą.
- Teraz? Chwilowo myślę o tym, jak bardzo się cieszę, że wreszcie mam na czym usiąść. W tamtym korytarzu nawet parapetu nie było. Powinniście zainwestować w krzesła- dodałam tylko po to, żeby go wnerwić, porozumiewawczo kiwając głową.
Zapytacie, czy się stresowałam. Ja jestem jednym wielkim kłębkiem stresu, ale też doskonałą aktorką, w mojej skromnej opinii. Choć, muszę przyznać, czułam, że zaraz zrobi się gorąco i będę miała problemy. Z drugiej strony, jakby na to nie patrzeć JUŻ miałam wystarczająco dużo kłopotów. Liczmy na to cholerne szczęście, które już nie raz uratowało mi mój tyłek…
Policjant zacisnął wargi i spojrzał na mnie z litością i wyższością. Nie zostałam mu dłużna, popatrzyłam się na niego podobnie, tyle, że dodałam do tego na koniec przymilny uśmieszek.
- Jesteś strasznie bezczelna. Czy do ciebie to dociera? Mogłaś kogoś zabić. Zabić.
- W spółce z geniuszem i autorem bomby w szkole pełnej…ach- westchnęłam, cmokając z teatralną frustracją.- Po co się powtarzam, mówiłam to już.
- Uspokój się natychmiast!- Mundurowy nie wytrzymał i huknął otwartą dłonią w biurko, aż podskoczyłam.
- No, teraz to jestem bardzo spokojna- skwitowałam, a widząc, jak jego oczy się zwężają szybko zaczęłam mówić dalej:- Pani władzo, ja naprawdę rozumie, co zrobiłam. I proszę mi wierzyć, ale umierałam ze strachu przez cały ten czas. Ale skoro nikomu nic się nie stało… Boże, nieważne. Ja po prostu chcę się dowiedzieć, dlaczego mnie tu trzymacie, skoro to nie ja wpadłam na pomysł wart pięć milionów, i to nie ja wsadziłam do szkoły pełnej dzieci bombę, która tykała nad ich głowami, nie chroniona, dwadzieścia cztery na dobę!- zawołałam, nachylając się coraz bliżej, a kiedy doszłam do wzmiance o bombie aż wstałam z emocji. Wyrzuciłam to z siebie na jednym oddechu, teraz prawie nie dyszałam, jakbym się zmęczyła. Powstrzymałam się i jedynie patrzyłam z góry na policjanta, który… ja nie wiem, on miał jakąś blokadę? Dlaczego nie mógł zrozumieć. To przecież było tak bardzo oczywiste. Dlaczego cały czas się upierał, że to tylko moja wina.
- Rowllens, dziecino…
- Ee.. przepraszam, ale niech nie nazywa mnie pan Rowllens- przerwałam mu całkowicie szczerze.- Nie lubię tego. „Panno Rowllens” i tak dalej brzmi okay, ale nie samo nazwisko.
Mundurowy chyba tego nie zrozumiał, bo spąsowiał i wyglądał tak, jakby tylko jego garniak policyjny powstrzymywał go od rzucenia się na mnie i zdzielenia mnie po twarzy. Ej, ja naprawdę teraz nie chciałam go wkurzyć. Po prostu nie lubiłam „Rowllens”, cholera.
- Rowllens, jesteś w poważnych tarapatach!- Westchnęłam opuszczając ramiona i wywracając oczami. Mów do słupa, a słu… policjant.- Naraziłaś całą szkołę na niebezpieczeństwo, zdewastowałaś mienie publiczne i spowodowałaś pożar, który przeniósł się na sąsiedni sklep z narzędziami!
- Boże!- jęknęłam bezsilnie uginając kolana. Byłam naprawdę bliska płaczu, ale płaczu przez śmiech. To jakiś żart? Dlaczego nikt mnie nie słucha!?- Przecież mówiłam! To nie moja wina!
- Rowllens, ja na…
- Proszę, to na serio nie był…
- SIADAJ!- wydarł się sam wstając i odsuwając w tył krzesło. Nie spodziewałam się takiego wybuchu, tym bardziej takiej gwałtowności, z jaką policjant wstał i oparł dłonie na biurku. Moje oczy zrobiły się okrągłe, z twarzy zniknął zrozpaczony grymas. Bez słowa usiadłam na krańcu krzesła i wlepiałam w policjanta szerokie od szoku oczy.
Równocześnie z wrzaskiem gliniarza, stało się coś jeszcze. Mianowicie drzwi do ciasnego pokoju otworzyły się i do pomieszczenia wszedł młody chłopak, będący świadkiem wybuchu mojego mundurowego. Ku mojemu zdziwieniu miał na sobie jasną koszulę, czarną marynarkę, krawat i ciemne spodnie, co oznaczało, że albo będzie moim adwokatem, albo też należy do tego policyjnego spisku przeciw mnie.
O, a nie! Chwila, to ten koleś, który oberwał ode mnie drzwiami do łazienki! Ha, byłam z siebie dumna, że go zapamiętałam. Kojarzenie ludzi to od zawsze był dla mnie problem, a tu proszę. Rozpoznałam go.
Odchrząknął tym samym dając o sobie znać. Równocześnie z gliniarzem, który stał nad biurkiem czerwony na twarzy się obróciliśmy. Ja zaciekawiona, on wnerwiony.
- Czego?!- ryknął, na co mężczyzna…chłopak…nie wiem ile mógł mieć lat, koszula zapięta pod szyję i krawat chyba go postarzały… Mniejsza. Chłopak słysząc to uniósł jedną brew w górę i mogłabym przysiąc, że niemal się uśmiechnął.
- Nie chciałbym przeszkadzać… cóż. Właściwie już przeszkodziłem…- Odwróciłam się na krześle bokiem i patrzyłam na chłopaka. Ten tylko uśmiechnął się z wyższością i delikatnie skinął głową.- Mam rozkazy z góry.
- A ty kim jesteś?- zapytał mężczyzna, który mnie przesłuchiwał. 
- Jestem tu nowy, szefie- mówił spokojnie i opanowanie. - Skończyłam niedawno staż w innym stanie i mnie tu przeniesiono.
Mimo, że był policjantem, wyglądał jak mega przystojny aktor z filmu dla nastolatek. Wysoki, może o pół albo nawet całą głowę wyższy ode mnie. Wyraźne kości policzkowe, prosta szczęka. Ciemne oczy, proste czarne włosy sięgające za uszy, prawie do ramion. Ułożone tak, żeby wyglądały na niezbadane. Szeroki w barkach, choć i tak sprawiał wrażenie szczupłego i smukłego, niż nie wiadomo jak umięśnionego faceta.
Jednak ze wszystkiego w nim, najbardziej podobało mi się to, że chciał mnie stąd zabrać. Ba, to na wstępie sprawiło, że go pokochałam całym moim serduszkiem, które nadal biło o wiele za szybko. Może skoro był niedoświadczony zwiałabym mu? Uciekłabym, później zamieszkam pod mostem, a kiedy zarobię trochę kasy, emigruję do Australii ścigana listem gończym? To zawsze jakiś pomysł… Lecz po chwili odtrąciłam od siebie takie myśli. Sytuacja była za bardzo tragiczna, by sobie żartować.
- Czego ty chcesz od Rowllens?- spytał nieufnie grubas, który chyba nie był zadowolony, że małolat przerwał mu jego prywatne, małe śledztwo. Ja też przymknęłam oczy i się wykrzywiłam, jakby mnie spoliczkował.
- Prosiłam…- przypomniałam, wykrzywiając się zdegustowana.- Niech mnie pan nie nazywa Rowllens.
- A ty się łaskawie nie odzywaj, choć na chwilę!- huknął na mnie, aż drgnęłam, ale teatralnie uniosłam ręce w geście poddania się.
- Okay, okay- mruknęłam, opadając na oparcie krzesła.- Jak sobie pan życzy… Tylko, nie rozumiem, dlaczego, do jasnej chol…
- Rowllens!
- Przepraszam!- zawołałam i tym razem na serio się przymknęłam. Założyłam nogę na nogę i oparłam się o krzesło, podpierając brodę na dłoni i obserwując wszystko z udawanym politowaniem. Skoro miałam stąd wyjść, to lepiej nie zapoznać się z policjantem, który tak bardzo mnie polubi, że osobiście będzie mnie wszędzie eskortował, a moje nazwisko zapamięta.
- Ty- zwrócił się do chłopaka, który nadal stał drzwiach, trzymając jedną rękę na klamce.- Co ty ode mnie chcesz…?
- Komisarz kazał wziąć pannę Rowllens na chwilę. Chciał, żeby zobaczyła kilka dowodów.
- Przecież Rowlle… panna Rowllens- tu rzucił mi pełne politowania, mordercze spojrzenie- już wszystkie widziała.
Uśmiechnęłam się do gliny przymilnie, mrużąc oczy i unosząc kciuk w górę. Dla chcącego nic trudnego.
- Oczywiście.- Chłopak nawet nie protestował. Trzymał emocje na wodzy i zdawał się lekko pobłażliwy wobec sytuacji która miała miejsce.- Jednak komisarz właśnie otrzymał przesyłkę z miejsca wypadku. Panna Rowllens jest tu niezbędna.
Przyjrzałam mu się uważnie. Niestety nie wyglądał na głupiego ani na takiego, co by mi przytrzymał drzwi, jak będę uciekać. Jednak, mając dwie opcję- zostać tu albo iść i zobaczyć nowe oskarżenia, wolałam drugi pomysł; kto wie, może tam moje szczęście się do mnie uśmiechnie?
- Słyszał pan?- zwróciłam się uprzejmie, ale tak, żeby widać w tym było teatralną sztuczność, do dorosłego policjanta, który usiadł za biurkiem.- Ten chłopak w śmiesznym garniturze powiedział, że mam z nim iść. Mogę? 
Po chwili kroczyłam z młodszym mundurowym przez korytarz komisariatu. Szedł dość szybko z nonszalancką gracją, nie patrząc, czy truchtałam za nim. Albo to był podstęp, albo chciał, żebym mu uciekła, przysięgam.
Już miałam się zatrzymać i przetestować go, czy zauważy, że za nim nie truchtam, gdy nagle przed wyjściem się zatrzymał i spojrzał na mnie. Zrobił to tak gwałtownie, że omal na niego nie wpadłam. W ostatniej chwili zahamowałam, cofając się o krok do tyłu. Uniosłam brwi pytająco.
- Jesteś Victoria Rowllens, tak?- zapytał.
- Nie powinieneś najpierw to sprawdzić, zanim mnie stamtąd zabrałeś?- wypaliłam, a on tylko posłał mi ironiczny uśmiech.
- Na głupie pytania nie ma odpowiedzi.
- Mogłabym powiedzieć to samo…
- I zachowuj się naturalnie - dodał, po czym po prostu pchnął drzwi wyjściowe i jak gdyby nigdy nic wyszedł.
Skamieniała stałam przed drzwiami, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Ten koleś w garniaku właśnie…właśnie, co on zrobił? Nie, chwila. Stop akcja, stop!... Co tu się właśnie…? Rozejrzałam się dookoła, szukając jakiejś instrukcji, jak aresztowani powinni się zachowywać. To jakaś procedura, rytuał, czy coś? Testują mnie, czy spontanicznie zmieniam komisariat i powinnam się zorientować?
Cholera, takich akcji nie ma w filmach.
Stałam jak ta kretynka, krzywiąc się ze zdumienia i marszcząc brwi, kiedy jego głowa znów się pojawiła w drzwiach.
- Idziesz? Czy mam powiedzieć tamtym, że to rzeczywiście twoja wina? - zapytał, a ja jak zaczarowana wymaszerowałam przez drzwi, które chłopak mi przytrzymał.
Jednak miałam co do niego błędne przekonanie- owszem, chłopak przytrzymał mi drzwi, kiedy ja uciekałam. Tylko jedyną różnicą od tego, na co miałam nadzieję, był fakt, że w mojej głowie to były nierealne plany, które nie mogły się udać. A tu proszę…
Ruszyliśmy do srebrnego samochodu, stojącego tuż przed wejściem. Nie to, żebym znała się na markach, ale ten musiał być na pewno drogi. Chłopak otworzył drzwi od strony pasażera i poczekał aż wejdę. Jak we śnie zrobiłam to, czego ode mnie oczekiwał i lekko oszołomiona, tak jak po uświadomieniu sobie, że zrujnowałam szkołę, usadowiłam się na fotelu obok kierowcy. Wtedy je za mną zatrzasnął i sam obszedł samochód. Kurczowo przycisnęłam do siebie mój biedny brudny plecaczek, który dzielnie przeszedł ze mną całe dzisiejsze piekło.
Nie docierało do mnie nic, co się właśnie dzieje. Odruchowo zapięłam pasy, kiedy uruchomił silnik.
- Nie będziesz mieć problemów?
Właściwie, nie wiedziałam czemu byłam taka spokojna. Uciekłam z komisariatu, czyli zapewne będę miała jeszcze więcej problemów. Może dlatego, że nie wierzyłam, że to tak na serio? Poza tym, nikt nie potwierdził, że rzeczywiście uciekamy. To mogła być jedynie wycieczka do innego komisariatu. Jednak nie czułam wtedy potrzeby się o to pytać. Jedyne, co miałam w głowie, to taką ilość szoku zmieszanego ze strachem o swoją przyszłość, że zrobiłabym wszystko, co by mi powiedzieli.
Chłopak włączył silnik i ruszył. A ja ze zdumieniem odkryłam, że to mi nie przeszkadza, a nawet cieszy.
- Nie- posłał mi przymilny, zwycięski uśmiech.- Szczerze, większe problemy miałbym, gdybym podczas tego jednodniowego stażu przestał im przynosić pączki. A zresztą, oni już mnie nie pamiętają.
Spojrzałam na niego, marszcząc brwi. Przez chwilę wpatrywałam się w niego w milczeniu, aż dotarło do mnie, co się dzieje.
O cholera, co ja zrobiłam! Momentalnie zdałam sobie sprawę, że nie dość, że uciekłam glinom, gdzie byłam o coś podejrzana, to zrobiłam to z jakimś nieznajomym kolesiem, który równie dobrze może mnie tylko porywać!... Muszę przyznać, że w tamtej chwili lekko spanikowałam. Dlaczego on mnie porywa?! Cholera, on mnie porwał!
Wytrzeszczyłam oczy, wciągając gwałtownie powietrze. Puściłam plecak, który od razu spadł w nogi.
- A ty?- zwrócił się do mnie, najwyraźniej dostrzegając moją minę.- Nie boisz się wsiadać do samochodu z obcym facetem i gdzieś jechać bez słowa wyjaśnienia?
- Właśnie sobie zdaję powoli sprawę, że się boję- jęknęłam, wbijając paznokcie w skórzane obicie fotela.
Rzuciłam mu ukradkowe spojrzenie. Miał rację, to nie było mądre z mojej strony. I już tego żałowałam, ale postanowiłam udawać, że mnie to nie rusza. Może jak pomyśli, że się nie boje, to dojdzie do wniosku, że mam jakiś sposób, żeby mu uciec i wtedy mnie zostawi? Albo… może jestem przewrażliwiona, po mamie, i to nie jest żadne porwanie, tylko on mnie przewozi do innego komisariatu…? Yhym, a „zachowuj się naturalnie” rzucił, żebym dla zabawy poczuła się na filmie, jasne. Policjant i robienie czegoś dla zabawy.
Jednak nadzieja umiera ostatnia. Uśmiechnęłam się do niego cynicznie.
- Ale wolę to, niż trafić do poprawczaka. Poza tym, prędzej zwieję tobie, niż armii uzbrojonej policji amerykańskiej.- Mówiłam to niby od niechcenia, ale tak naprawdę chciałam wrzasnąć i wyskoczyć przez okno tego auta.
- Nie byłbym tego taki pewien, chica.
- No, a ja jednak jestem i uwierz mi, jak się dowiem, o co tu chodzi, już mnie więcej nie zobaczysz- prychnęłam zapadając się w oparcie fotela.- Nawet nie będziesz mnie pamiętać- dodałam, przedrzeźniając go.
Chłopak zaśmiał się. Nadal prowadził samochód przez przedmieścia miasta. Jedną ręką zaczął zdejmować krawat, tak, że zaraz też wisiał mu na szyi jak jakiś sznurek. Rozpiął też górne guziki koszuli. Nie zdziwiło mnie to, sama kiedyś musiałam nosić krawat do mundurka szkolnego i zawsze modliłam się tylko, żeby móc go zdjąć i rozpiąć ten niewygodny biały kaftan bezpieczeństwa, zwany koszulą galową, zaciśniętą pod brodę. No tak właściwie, to ja zawsze ją miałam nie dopiętą, a krawat luźno wisiał zawiązany na supeł, ale to już inna bajka…
- Nienawidzę garniturów- mruknął, bardziej do siebie niż do mnie. Spojrzałam na niego krytycznym okiem.
- Ja tam lubię jak faceci chodzą w garniturach- mruknęłam niepewnie, zerkając na swoje kolana.- Są wtedy bardziej męscy niż w tych spodniach z krokiem w kolanach albo rurkach z damskiego działu- powiedziałam, starając się na niego nie patrzeć.- Poza tym, prawie każdy mężczyzna w garniturze wygląda naprawdę dobrze.
- Masz rację, ja wyglądam w nim nie dobrze, ale powalająco.
- Żeby wyglądać powalająco, najpierw trzeba wyglądać naprawdę dobrze.
- Jestem Thomas- odrzekł, jakbym wcale przed  chwilą go nie obraziła i uniósł brwi, czekając na odpowiedź
- Cudownie. Moje imię już znasz i nie chcę wiedzieć jakie szczegóły mojego życiorysu również- odrzekłam arogancko. Mój umysł nadal próbował zrozumieć sens słów „porywa mnie”.
- Faktycznie, trochę tego by się znalazło.
- Zmyślasz- odparłam, nagle zaskoczona tym, że Thomas coś o mnie wiedział. Wcześniej mówiłam to jako zgryźliwą uwagę, nie oczekiwałam, że potwierdzi.- Nie wiesz o mnie nic.
- Masz szesnaście lat, szesnaście i pół. Przeskoczyłaś klasę. Jakim cudem, masz raczej słabe stopnie.
- To przez szkołę- mruknęłam zirytowana.
- Mieszkasz sama z matką, na jakimś osiedlu, nie pamiętam gdzie. Jak miałaś cztery lata, zadzwoniłaś na policję, bo nie mogłaś znaleźć pluszowego zająca, ale że zając nazywał się Mumu, gliny uznały, że porwano ci mamę, a ty po prostu nie umiałaś mówić jeszcze po angielsku. Oskarżyłaś sąsiada- rzucił kpiąco, ale zanim zdążył coś dodać, przerwałam:
- Dobrze, starczy! To dlatego, że mieliśmy w przedszkolu zajęcia o bezpieczeństwie…! I skąd to wiesz?
- Jak cię przesłuchiwali poczytałem twoje akta na korytarzu- rzucił lekko.- Masz urocze zdjęcie w aktach. Zawiodłem się, że w realu nie masz zeza.
- Założyłam się z kolegą, że będę mieć na zdjęciu zeza, ale to tylko….Zaraz. Czekałeś na mnie?- oburzyłam się.- A nie mogłeś mnie porwać zanim przeciągnęli mnie przez te wszystkie nudne formalności?
- Już żałujesz, że nie znamy się dłużej, co?- uśmiechnął się łobuzersko, na chwilę zerkając na mnie. Miałam ochotę zdzielić go czymś po twarzy.- I nie, nie mogłem.
- A dlaczego?- podsunęłam pomocnie, chcąc dowiedzieć się więcej.
- Bo wyglądałaś na przerażoną, a w życiu każdego człowieka przydaje się czasem trochę stresu, chica. No przyznaj się, gdybym od razu chciał cię wsadzić do samochodu, wsiadłabyś?
Prychnęłam gniewnie wywracając oczyma. Ciekawa byłam, czy tylko wobec mnie był taki irytujący.
- Nie, nie wsiadłabym. I czemu wyjeżdżamy z miasta?- dodałam, widząc znak za oknem, oznajmiający, że granice miasta zaraz zostaną za nami.
Sekundy ciszy, zanim przetrawiłam słowa, które sama wypowiedziałam na głos.
- CHOLERA!- zawołałam odwracając się prawie o sto osiemdziesiąt stopni na fotelu i odprowadzając wzrokiem znak drogowy, który po paru sekundach zniknął mi z oczu.- Czemu wyjeżdżamy z miasta?! Gdzie jedziemy!? Boże, faktycznie- po co ja wsiadłam do tego samochodu?!
- Nie mówiłaś wcześniej, że wolisz to od poprawczaka?- Zmarszczył sceptycznie brwi i spojrzał na mnie z ukosa. Miał ciepłe, brązowe oczy, które bardzo dokładnie mnie obserwowały.
- Mówiłam!- zawołałam histerycznie sadowiąc się na nowo w fotelu.- Ale myślałam, że to są żarty, nie wyglądasz na porywacza! Myślałam, że zaraz podjedziesz do mojego domu i mnie tam zostawisz, a nie wywieziesz na jakąś prowincję!
- Skąd takie założenie, że odstawiłbym cię do domu?- zapytał, opierając głowę o zagłówek i przejeżdżając na czerwonym świetle. Moje sumienie właśnie zasłoniło sobie oczy, ubolewając nad moim marnym losem.
- Nie wiem. Chciałam, żeby tak było… Chryste, ludzi porywa się tylko w książkach i filmach. Nie możesz być porywaczem, to przecież tylko moje życie.
- Cóż, nie jestem porywaczem- uznał z unosząc brwi, jakby rozważał tę opcję.- Ale faktycznie, ta sytuacja wygląda trochę jak porwanie.
- Nie jesteś?!- powtórzyłam z irytacją.- Jak nie, właśnie mnie porywasz. Jeżeli nie byłeś, to już jesteś!
- Dla ciebie wszystko, moja nowa porwana koleżanko.
Spojrzałam na niego coraz bardziej przerażona. A co jeżeli on serio był jakimś porywaczem i teraz jednak wywozi mnie gdzieś skąd już nigdy nie wrócę? Hmmm? O Boże, a co z moją mamą! Ona sobie nie poradzi sama! Co jeżeli się załamie i umrze!?
Miałam mętlik w głowie. To wszystko było tak nienaturalne i nie możliwe, że sama gubiłam się w swoim życiu. Kolejna nudna lekcja geografii, później opłakany w skutkach dowcip, następnie wielki kataklizm, który wysłał mnie na komendę z aktami zbrodniarskimi aż nagle pojawił się przystojniak w garniaku, który mnie porwał!
Powtarzałam ten plan wydarzeń sobie w głowie i za każdym nowym szczegółem, wspomnieniem mienionych godzin, coraz bardziej chciałam się rozpłakać. Jednak jednocześnie za wszelką cenę chciałam wyjść z tego cała i bez uszczerbku swojej dumy- wiedziałam, że najlepiej będzie jak pozwolę temu całemu tornadu porąbanych sytuacje wokół mnie toczyć się dalej, aż nadejdzie chwila, kiedy wszystko się ułoży. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
- Wypuść mnie!- jęknęłam, szarpiąc klamkę, choć samochód jechał po drodze. Drzwi ani drgnęły, były zablokowane.
- Rowllens, cicho - uśmiechnął się pokrzepiająco, jednak wyraźnie widać było, że bawi go moje zachowanie.- Jak wszystko dobrze pójdzie za kilka godzin dojedziemy na miejsce.
- Nie chcę nigdzie dojeżdżać, chcę stąd wyjść- mruknęłam gniewnie.
- Świetnie wiedzieć, ale teraz zamknij tą swoją śliczną buźkę, bo nie mam ochoty słuchać twojego jęczenia, chica.
- Ale będziesz słuchał, jak mnie nie wypuścisz!- zawołałam, obracając się bokiem na fotelu, przodem do niego.- Dlaczego mnie porwałeś?!
Thomas westchnął, kręcąc z politowaniem głową. Patrzył się na drogę, a jego mina mówiła „Boże mój kochany, co ja ci w życiu zrobiłem?”.
- Ostatni raz zgłaszam się na ochotnika- mruknął do siebie.- Już wolę prowadzić treningi, one przynajmniej nie są takie niewdzięczne.
- Nie wiem o czym gadasz, ale zatrzymaj się. To jest porwanie. Porwanie! Boże, będziemy siedzieć w jednej celi jak nas przymkną, przysięgam ci!
Chłopak się nie odezwał, zamiast tego bardzo gwałtownie skręcił w lewo, tym samym uderzyłam bokiem głowy o szybę. Z wrażenia nad jego bezczelnością uchyliłam usta i ostentacyjnie złapałam się za obolałe miejsce na głowie. Chłopak nie próbował ukryć zadowolonego uśmieszku.
- Dupek!- Żadnej reakcji.- Aghh, po co ja przestawiałam ten zegar!- jęknęłam zapadając się w fotel. Najchętniej zamknęłabym oczy i udawała, że nie istnieję. Nienawidziłam, kiedy coś nie szło tak jak, chciałam. Nie, po prostu nie mogłam tego tolerować!
- Tak właściwie, to nie twoja wina- zauważył Thomas. Kiedy tylko to usłyszałam, automatycznie zapomniałam o swoich problemach. Nachyliłam się do przodu, otwierając szerzej oczy i patrząc się na niego jak na najlepszego przyjaciela, który właśnie powiedział coś oczywistego!
- Prawda?!
- No po części owszem- przytaknął.- Nie mogłaś wiedzieć, że tam jest stary automat.
Całkowicie się z nim zgadzałam. Rozważałam nawet wezwanie go jako mojego obrońcy, choć miałam wątpliwości, czy sąd zgodzi się przyprowadzić mi na salę człowieka, który mnie porwał. Bardziej prawdopodobne będzie to, że Thomas będzie miał swój proces w sali obok. Tak, ta opcja mimo wszystko bardziej mi się podoba; dopilnuję, żeby jego też udupili. Co z tego, że mnie przy okazji. Ważne, że on będzie gnił w kiciu...
- Kto normalny umieszcza bombę w takim miejscu! Przecież to jak ustawić autodestrukcję świata w przedszkolu na półce z książkami i myśleć, że żaden przedszkolak nigdy nie zauważy tego regału!
- Kiedyś to był dobry pomysł- wyjaśnił chłopak, obracając na sekundę głowę w moją stronę, jednak jego spojrzenia nadal padało na autostradę przed nim. Autostradę za miastem, cholera. - Ten budynek liczył sobie kilka wieków i służył jako twierdza przy obronie miast. Obrońcy zamontowali tam coś, co w razie ataku nieprzyjaciela, mogło wysadzić cały budynek. Wiesz. Wielkie Bum i nie ma problemu, że ktoś znajdzie tajne akta, informacje, plany… Jednak nikt nawet nie pomyślał, że trzeba założyć zabezpieczenie przeciw nastolatkom uzależnionym od bawienia się tym, czym nie powinni.
Popatrzyłam się na niego mniej entuzjastycznie niż przed chwilą. Nie zrozumiałam nic z tego co mówił, jedyne co zapadło mi w pamięć to przekaz „to nie twoja wina”, a tyle mi wystarczyło.
Chłopak zorientował się, że jest obserwowany i na chwilę przeniósł na mnie swoje tęczówki.
- Nie powiesz mi, dokąd jedziemy?- zapytałam go, starając się zabrzmieć najbardziej uwodzicielsko jak umiałam. Na ogół działało, przynajmniej na męską część moich znajomych…
- Tam, gdzie marzenia się spełniają, a każdy dzieciak jest szczęśliwy- wyrecytował, wykrzywiając usta w sarkastyczny uśmiech.- A na poważnie, o ile cię to pocieszy, jedziemy do miejsca, gdzie poznasz prawdę o sobie.
- Nie, nie pocieszyło mnie to- oznajmiłam sceptycznie.- Tylko przeraziło.
- Tego też się spodziewałem.
- Teraz na serio- powiedziałam stanowczym tonem.- Kim ty jesteś?
- Jestem Thomas Brown.
- Wiesz, już lepiej by było, jakbyś nazywał się Smith- odparłam z politowaniem i dezaprobata w głosie.- Brzmiało by to… no nie wiem. Komiczniej…!
- Rowllens, ja nie żartuję- posłał mi nienaganny uśmiech.
- Cóż…- westchnęłam unosząc z pobłażaniem brwi, choć trochę mnie to zdziwiło.- Lepiej by było, jakbyś jednak żartował, ale kontynuuj.
Thomas popatrzył się na mnie rozbawiony i uśmiechnął szeroko.
- To teraz uważaj, bo to będzie jeszcze bardziej komiczne.
- Zaskocz mnie- rzuciłam beznamiętnie, ale o zgrozo, jego spojrzenie zdradzało, że uznał to jako wyzwanie.
- Moja matka jest lekarzem, a ojciec greckim bogiem. Tanatos, na pewno kojarzysz, pomniejszy celebryta na lekcjach angielskiego. Bo wiesz, bogowie greccy, całe te bajeczki o mitologii to prawda. Oni nie są wymysłem starożytnych, którzy tłumaczyli sobie w ten sposób na przykład czemu zmieniają się pory roku albo dlaczego podczas burzy grzmi. Bogowie istnieją, a ty, Rowllens, jesteś podejrzana o bycie córką jednego z nich. Jesteś herosem, takim jak ci w mitach. I nie, wcale niczego nie brałem.
Powiedział to z taką lekkością, że przez chwilę miałam ochotę się zaśmiać. Jednak patrząc na jego poważny wyraz twarzy, to, że ani razu nie uśmiechnął się mówiąc to, tylko zerkał to na mnie, to na drogę przed sobą, świadczyło o tym, że nie uważał tego za dowcip. Tylko później, widząc moją przerażoną minę i lekko uchylone usta uśmiechnął się, jakby był zadowolony z efektu, jaki otrzymał tym wyznaniem, jednak nic nie mówić wrócił do kierowania pojazdem, który nadal stanowił dla mnie więzienie i wywoził mnie cholera wie gdzie.
I niech mi teraz ktoś powie, że ma większego pecha ode mnie! Was przynajmniej nie porywają rąbnięci psychopaci. A mój porywacz najwyraźniej zwiał z psychiatryka. 

Cholera.



Jak Rowllens chciałaby (chociaż nadal się upiera, że to tak było), żeby to wyglądało...

4 komentarze:

  1. <3
    ~Reyna
    PS Ten komentarz wyraża więcej niż tysiąc słów!

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialne!!! I jest Thomas! Teraz czekam jeszcze na Chrisa... ;D
    Czytając pierwszą wersję rok temu, nie myślałam, że Fielga może być jeszcze lepsza, ale cóż... wszystko jest możliwe i oto ja, biedne dziecko w szkole torturowane, mogę na przerwach czytać takie cudeńka :)
    Co prawda, przeczytałam już dwa dni temu, ale nie byłam w stanie napisać komentarza, także nadrabiam teraz.
    Vicky z zezem na zdjęciu... chcę to zobaczyć
    Uwielbiam fragment z zającem Mumu :'D
    W ogóle wszystko jest boskie i strasznie podobają mi się opisy.
    Podziwiam was obie za tworzenie tak świetnych bohaterów. Gdybyście kiedyś wydały książkę, byłaby to jedyna książka, w której szczerze lubiłabym główne bohaterki ^^
    ~Kate (która zamierza w końcu znaleźć hasło do konta Google i porzucić swoją anonimowość)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow.
    Reakcja Victorii na wysadzenie szkoły była teraz dużo lepsza. Te opisy...
    Wtedy to było trochę "No, rozwaliłam szkołę, ale w sumie to nic się nie działo. A z tą szkołą to i tak nie moja wina"
    A teraz... cudo! Widać, że zachowanie Rowllens to poza. Jej rozterki są świetne.
    Dobrze, że zostawiłaś zająca. Po przeczytaniu części Es miałam depresję z powodu braku teletubisiów...
    Czekam na więcej.
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten moment, gdy poznajemy Thomasa, jak odprowadza Victorię do toalety...
    Tak.
    Stwierdziłam właśnie, że Victoria jest definitywnie stworzona dla Chrisa, a Milos i Thomas będą musieli się zadowolić jej zającem Mumu.
    Tak.
    No co tu więcej pisać? Wejdź sobie w słownik synonimów do słowa "ideał".
    Tymczasem ja żegnam i dziękuję za poprawienie humoru
    Okej
    P.s. Może zajrzałybyście do mnie kiedyś?
    wielka-czworka-przyjaciol-hogwartu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń